Codziennik Zadumanej #20

Miałam dziś bardzo ambitny plan na popołudnie: usiąść na chwilę z książką. I właściwie na tym można byłoby zakończyć opowieść, gdyby nie fakt, że u mnie „na chwilę” jest pojęciem wyjątkowo elastycznym, szczególnie kiedy trafię na książkę, która bezczelnie nie pozwala się odłożyć. Znalazłam więc ławkę schowaną w zieleni, usiadłam w cieniu i postanowiłam przeczytać kilka stron, tak dla odpoczynku, zanim wrócę do normalnego życia. Kilka stron szybko zamieniło się w rozdział, rozdział zaczął podejrzanie ciągnąć za sobą następny, a normalne życie musiało grzecznie poczekać, bo przecież nie można zostawić bohaterów w takim momencie. Mam swoje zasady.

Lubię takie miejsca, w których świat trochę przycisza głos. Drzewa szumią, gdzieś w oddali toczy się zwyczajne życie, ktoś przechodzi alejką, ptaki prowadzą swoje ważne narady, a ja przez moment nie muszę nigdzie zdążyć. Mogę siedzieć z książką na kolanach, od czasu do czasu oderwać wzrok od strony i zwyczajnie popatrzeć przed siebie. Bez planu, bez poczucia, że ten czas trzeba jakoś rozsądnie wykorzystać. Zresztą coraz częściej dochodzę do wniosku, że siedzenie pod drzewem i czytanie książki jest bardzo rozsądnym wykorzystaniem czasu, tylko nas nauczono, że odpoczynek powinien mieć jakieś alibi.

Kiedyś chyba łatwiej przychodziło mi wymyślanie sobie powodów, dla których najpierw trzeba zrobić jeszcze to, tamto i piętnaście innych rzeczy, a dopiero potem wolno usiąść. Problem polegał na tym, że owo „potem” miało paskudny zwyczaj nie nadchodzić. Zawsze znalazło się coś do zrobienia, poprawienia, posprzątania albo sprawdzenia, a człowiek potrafi być przecież niezwykle kreatywny, kiedy trzeba sobie odebrać pół godziny przyjemności. Teraz uczę się trochę innej kolejności. Jeśli mam ochotę usiąść z książką, to siadam. Kurz naprawdę potrafi zaczekać i, co gorsza, robi to z zadziwiającą cierpliwością.

Dzisiejsze popołudnie nie przyniosło więc żadnych wielkich wydarzeń, przełomów ani historii, którą należałoby opowiadać wnukom przy kominku. Była ławka, książka, dużo zieleni, ciepłe światło przeciskające się przez liście i ja, która przez kawałek dnia była dokładnie tam, gdzie chciała być. I może właśnie dlatego warto je zapisać, bo życie wcale nie składa się wyłącznie z rzeczy wielkich. Znacznie częściej składa się z takich zwyczajnych chwil, które łatwo przeoczyć, czekając na coś bardziej spektakularnego.

A ja chyba coraz mniej czekam. Coraz bardziej lubię to, co jest. Nawet jeśli jest to tylko kawałek cienia pod drzewem, dobra książka i świadomość, że przez najbliższą godzinę świat doskonale poradzi sobie beze mnie. I powiem Wam, że to ostatnie jest wyjątkowo wyzwalające.

Komentarze