Dlaczego odkładamy dobre rzeczy na specjalną okazję?

Przez długi czas miałam w szafce filiżanki, których prawie nie używałam. Ładne, delikatne, takie trochę „od święta”. Stały sobie bezpiecznie za tymi zwyczajnymi i cierpliwie czekały na moment godny ich urody. Problem polegał na tym, że najwyraźniej moje życie nie dostarczało wystarczająco eleganckich okazji, więc ja codziennie piłam herbatę z pierwszego lepszego kubka, a piękne filiżanki obrastały kurzem i poczuciem własnej wyjątkowości.

Któregoś dnia wyjęłam jedną bez żadnego powodu. Nie było gości, urodzin, imienin ani nawet niedzieli. Był zwykły wtorek, na stole leżał rachunek do zapłacenia, pralka właśnie skończyła wirować, a ja miałam na sobie strój, którego z całą pewnością nie pokazaliby w magazynie wnętrzarskim przy artykule o celebrowaniu codzienności. Zrobiłam herbatę, nalałam ją do tej filiżanki i nagle pomyślałam, jakie to właściwie dziwne, że przez tyle czasu sama sobie jej żałowałam.

Od tamtej pory coraz częściej przyłapuję się na różnych rzeczach czekających na „kiedyś”. Ładna świeca stoi nietknięta, bo szkoda jej palić. Nowa bluzka czeka na lepsze wyjście, chociaż spokojnie mogłabym założyć ją na spotkanie z koleżanką. Pachnący balsam leży w łazience, bo jest taki dobry, że używam go oszczędnie, jakby producent ogłosił właśnie, że zamyka fabrykę i nigdy więcej go nie zrobi. Nawet serwetki potrafimy mieć lepsze i gorsze, co samo w sobie pokazuje, jak daleko zaszliśmy w specjalizacji codziennego życia.

Najbardziej rozczula mnie jednak nasze przekonanie, że przyjemność trzeba sobie jakoś uzasadnić. Ciasto bez urodzin wydaje się podejrzanie rozpustne, kwiaty kupione samej sobie wymagają niemal wyjaśnienia, a jeśli człowiek w środku tygodnia nakryje ładnie do stołu, to zaraz wygląda, jakby za chwilę miała przyjechać co najmniej delegacja zagraniczna. Tymczasem można zapalić świecę tylko dlatego, że wieczorem ładnie wygląda. Można użyć najlepszej pościeli w środę, zjeść śniadanie z talerza, który najbardziej lubimy, i założyć kolczyki do sklepu po ziemniaki. Ziemniaki raczej nie docenią, ale my możemy.

Chyba długo uczono nas oszczędzania dobrych rzeczy. Babcie miały komplety naczyń stojące za szybą, ręczniki przeznaczone dla gości i obrusy, których prawie nie wolno było dotykać. Rozumiem to, bo wiele przedmiotów zdobywało się trudniej i miały większą wartość niż dzisiaj. Coś z tego jednak zostało nam w głowach. Nadal potrafimy chronić przed użyciem rzeczy stworzone właśnie po to, żeby ich używać.

Tylko że ostatnio zaczęłam patrzeć na to trochę inaczej. Świeca, której nigdy nie zapalę, nie da mi żadnego światła. Perfumy zachowane na wyjątkowy dzień mogą kiedyś po prostu stracić zapach. Sukienka może wisieć tak długo, aż przestanie mi się podobać albo, co jest jeszcze bardziej bezczelne z jej strony, nagle okaże się za mała. Filiżanka może przeżyć dwadzieścia lat w idealnym stanie i ani razu nie zrobić tego, do czego została stworzona.

Szkoda mi już takich rzeczy. Jeszcze bardziej szkoda mi dni, które uznajemy za zbyt zwyczajne, żeby dać im coś dobrego.

Bo przecież większość życia to właśnie one. Nie święta, wyjazdy, jubileusze i wielkie wydarzenia, ale wtorkowe śniadania, czwartkowe wieczory, pranie rozwieszone w salonie, szybkie zakupy po pracy i chwila ciszy, kiedy wreszcie można usiąść. Jeśli wszystko, co najlepsze, będziemy zostawiać na specjalne okazje, to przez ogromną część życia będziemy korzystać z wersji „na co dzień”, jakby codzienność była czymś gorszym.

Nie zamierzam oczywiście od jutra jeść kanapek na porcelanie i chodzić po domu w sukni wieczorowej, chociaż wizja wynoszenia śmieci w perłach ma w sobie coś kuszącego. Chodzi mi raczej o małe pozwolenie, które można sobie dać bez okazji. Użyć tego, co lubimy. Otworzyć coś, co czeka. Założyć coś ładnego. Kupić sobie kilka kwiatów. Nie odkładać każdej drobnej przyjemności na dzień, który będzie bardziej odpowiedni.

Moja filiżanka „od święta” już dawno przestała być od święta. Piję z niej herbatę podczas zupełnie zwyczajnych dni i czasem nawet stawiam ją obok talerza z kanapką, co pewnie mocno obniżyło jej standardy. Nic strasznego się nie wydarzyło. Za to ja częściej mam małe poczucie, że zrobiłam dla siebie coś miłego.

I chyba właśnie o to chodzi.

Specjalna okazja nie zawsze musi być zaznaczona w kalendarzu. Czasami wystarczy, że jest dzisiaj.

Komentarze