Codziennik Zadumanej #18

No i stało się. Oficjalnie otworzyłam sezon na jesienne szaleństwo, chociaż kalendarz patrzy na mnie z lekkim politowaniem, lato jeszcze całkiem nieźle sobie radzi, a człowiek powinien raczej zastanawiać się, czy wieczorem usiądzie na balkonie, niż ustawiać na stole dynie i muchomory. Na swoją obronę mam jednak bardzo mocny argument – wyprzedaże. Skoro sklepy zaczęły przeceniać jesienne dekoracje w połowie sierpnia, to przecież nie będę się sprzeciwiała gospodarce. Poszłam tylko zobaczyć, a wróciłam z dynią, serwetkami, podkładkami, dwoma dorodnymi muchomorami i dyfuzorami wyglądającymi jak małe dynie. Czyli klasycznie: niczego nie potrzebowałam, wszystko było konieczne.

Jesień ma nade mną jakąś przedziwną władzę. Mogę przez pół roku rozsądnie omijać półki z dekoracjami, przekonywać samą siebie, że mam już wszystko, czego potrzebuję, a potem pojawia się pierwsza dynia i cały rozsądek idzie na urlop. Uwielbiam ten moment, kiedy wieczory robią się chłodniejsze, można wreszcie otworzyć okna bez wpuszczania do domu powietrza z piekarnika, zapalić świece i lampki, zrobić herbatę w wielkim kubku, przykryć się kocem i bez najmniejszych wyrzutów sumienia spędzić pół wieczoru z książką. Lubię zapach mokrych liści, poranne mgły, kasztany, kolory drzew i ten charakterystyczny jesienny spokój, który przychodzi po rozbieganym lecie. Nawet deszcz mi wtedy specjalnie nie przeszkadza, pod warunkiem oczywiście, że oglądam go przez okno, a nie stoję na przystanku z wodą chlupiącą w butach, bo moja miłość do jesieni ma jednak swoje granice.

Najbardziej bawi mnie tylko to, że jeszcze niedawno człowiek czekał na pierwsze jesienne dekoracje pod koniec sierpnia, a teraz w połowie miesiąca trafia na ich wyprzedaż. W tym tempie za chwilę pójdę po płyn do naczyń i między chemią gospodarczą a karmą dla kota znajdę bombki. Nie zdziwię się nawet szczególnie, tylko sprawdzę cenę, bo najwyraźniej współczesne pory roku trzeba brać wtedy, kiedy akurat są w promocji.

Moje dzisiejsze zdobycze stoją więc już na stole i bardzo dobrze się tam czują. Muchomory wyglądają, jakby właśnie wyszły z jakiejś bajki, dynie rozpoczęły bezkrwawą okupację mieszkania, a ja patrzę na to wszystko zadowolona i nawet nie próbuję udawać, że będę czekała do września. Przecież nie muszę od razu chować letnich sukienek, wyciągać koców i gotować zupy dyniowej. Mogę po prostu powoli wpuszczać do domu tę porę roku, którą tak lubię, po jednej dyni, jednym zapachu i jednym małym szaleństwie naraz.

Bo chyba właśnie z takich drobiazgów składa się przyjemność z codzienności. Nie zawsze trzeba czekać na właściwy dzień w kalendarzu, wielką okazję albo czyjeś pozwolenie, żeby zrobić sobie trochę dobrze. Czasem wystarczy kupić przecenionego muchomora w sierpniu i mieć z niego absurdalnie dużo radości.

A skoro radość była na wyprzedaży, to grzechem byłoby nie skorzystać.

Komentarze