Codziennik Zadumanej #27

No i zaczęło się. Jeszcze wczoraj patrzyłam na ciężkie chmury za oknem, popijałam Inkę i tłumaczyłam sobie, że nie ma się czym denerwować, bo przecież lubię swoją pracę, znam ją od lat i naprawdę wiem, z czym się je szkołę. Dzisiaj po Radzie Pedagogicznej moja głowa osiągnęła jednak rozmiary, przy których powinnam chyba zacząć sprawdzać, czy nadal mieszczę się w drzwiach. Człowiek przychodzi po wakacjach wypoczęty, pełen pomysłów, nawet trochę stęskniony za dzieciakami, po czym siada na kilka godzin i dowiaduje się, ile nowych rzeczy będzie robił, dokumentował, zapisywał, analizował, potwierdzał, planował, monitorował, a zapewne w wolnej chwili również dokumentował fakt, że wcześniej coś udokumentował. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że podstawowym narzędziem pracy współczesnego nauczyciela nie jest już tablica, książka ani nawet komputer, tylko segregator, najlepiej taki z możliwością rozmnażania się przez pączkowanie.

Najzabawniejsze jest to, że siedząc na Radzie człowiek jeszcze dzielnie kiwa głową, coś zapisuje, zakreśla, robi notatki i sprawia wrażenie osoby, która nad wszystkim panuje, natomiast prawdziwe przedstawienie rozpoczyna się dopiero po powrocie do domu. Usiadłam do swoich spraw i zaczęłam sobie to wszystko układać, bo najwyraźniej uznałam, że skoro głowa już puchnie, można sprawdzić, gdzie znajduje się jej granica wytrzymałości. Kartka tu, notatka tam, coś trzeba przygotować, coś sprawdzić, o czymś pamiętać, a pomiędzy tym wszystkim pojawia się ta dobrze mi znana myśl, że przecież za chwilę przyjdą dzieci. Moje zeszłoroczne pierwszaki, które nagle, zupełnie bez konsultacji ze mną, stały się drugoklasistami. I wtedy cała ta papierologia trochę traci na znaczeniu, bo można mieć piętnaście nowych procedur, trzydzieści rubryczek i dokument o dokumencie, ale ostatecznie szkoła zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy otwierają się drzwi klasy i wpada przez nie dziecięcy gwar.

Po kilku godzinach uznałam więc, że na dzisiaj wystarczy ratowania polskiej oświaty z własnego salonu. Świat się nie zawali, jeśli czegoś nie zaplanuję 25 sierpnia, segregatory cierpliwie poczekają, a moja głowa zdecydowanie zasłużyła na przejście w tryb prywatny. I chyba właśnie tego muszę sobie w tym roku częściej pilnować, bo szkoła ma niezwykły talent do rozpychania się w życiu człowieka. Najpierw zabiera kawałek stołu, potem kawałek wieczoru, następnie pół niedzieli, aż któregoś dnia orientujemy się, że nawet podczas robienia kawy zastanawiamy się nad jakimś dokumentem, który przecież spokojnie może poczekać do jutra.

Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót. Naprawdę. Ale chyba właśnie dlatego nie chcę oddać jej wszystkiego. Chcę mieć jeszcze swoje książki, koty, Sisi, spacery, kawę, blogi, ciszę i zwyczajne wieczory, podczas których nie jestem panią od czegokolwiek, tylko sobą. Dobry nauczyciel nie musi przecież przez dwadzieścia cztery godziny na dobę udowadniać, że jest dobrym nauczycielem.

Na dzisiaj więc zamykam niewidzialny szkolny segregator. Jutro znowu będę odpowiedzialna, zorganizowana i gotowa stawić czoła kolejnym rubryczkom. A jeśli któraś okaże się szczególnie groźna, zastosuję trzydzieści lat doświadczenia zawodowego i najstarszą nauczycielską metodę przetrwania.

Zrobię sobie kawę i jakoś damy radę. 😁

Komentarze