Zwyczajny dzień też się liczy

Nie każdy dzień ma w sobie coś wyjątkowego. Nie każdy zasługuje na zapamiętanie, zdjęcie, zapis w kalendarzu ani chociażby notatkę: „tu wydarzyło się coś ważnego”. Większość dni jest po prostu… zwyczajna. Taka, co nie krzyczy i nie domaga się uwagi. Kiedyś miałam poczucie, że to za mało. Że życie powinno składać się z momentów, które coś znaczą. Z wydarzeń. Z emocji. Z przełomów. Najlepiej takich, które da się opowiedzieć przy kawie i które brzmią jak sensowna historia.

A potem przyszło życie. Bez dramaturgii. Bez muzyki w tle. Za to z listą rzeczy do zrobienia i obiadem do podgrzania. Dziś widzę to inaczej. To właśnie zwyczajne dni mnie niosą. Te, w których wstaję, robię swoje, wracam do domu i… nic się szczególnego nie dzieje. Nikt nie bije braw, nikt nie ogłasza sukcesu dnia. Nie ma ani euforii, ani dramatu. Jest za to ciągłość. I spokój, który nie zawsze od razu doceniam.

Zwyczajność jest cicha, ale wierna. Nie obiecuje cudów, nie składa deklaracji. Po prostu codziennie stawia się do roboty. Buduje życie kawałek po kawałku - trochę jak murarz, który nie robi zdjęć efektów, tylko pilnuje, żeby ściana się trzymała. Bez fajerwerków. Za to solidnie.

I coraz częściej myślę, że to wystarczy. Że nie muszę czekać na coś „więcej”, żeby uznać dzień za ważny. Że dzień, w którym nic się nie rozsypało, to już całkiem niezły dzień. Bo właśnie w tych zwykłych dniach dzieje się prawdziwe życie. Niepozorne. Niewybitne. Ale moje.

Komentarze