Małe rzeczy, które trzymają mnie w pionie zimą

Zimą nie szukam radości. One przychodzą albo nie i to nie zawsze zależy ode mnie. Szukam raczej kotwic. Rzeczy, które mnie trzymają, kiedy wszystko jest trochę wolniejsze, cięższe, bardziej szare. Kiedy ciało chce spać dłużej, a myśli nie mają ochoty na sprint. Ciepły sweter, który zawsze wisi w tym samym miejscu. Nie jest nowy ani specjalny. Po prostu czeka. Kawa pita spokojnie, nawet jeśli wiem, że dzień później przyspieszy i nie zapyta o zgodę. Światło zapalone wcześniej - tak na zapas, zanim zrobi się naprawdę ciemno, także w środku. Znajomy rytm poranka, który nie wymaga entuzjazmu ani planu na życie. Wystarczy, że jest.

Czasem taką kotwicą jest kuchnia. Blat, który znam na pamięć. Czajnik, który brzmi zawsze tak samo. Kubek, po który sięgam bez zastanowienia, jakby wiedział, co dziś uniesie. Mała choinka, jeszcze nie pożegnana, bo zima nie lubi pośpiechu. To drobiazgi. Nie rozwiązują problemów, nie zmieniają świata, nie robią spektaklu. Ale to one utrzymują mnie w pionie.

Zima nie jest dla mnie czasem wielkich zmian. Jest czasem podtrzymywania. Doglądania ognia, żeby nie zgasł. Przypominania sobie, że nie wszystko musi kwitnąć - niektóre rzeczy mają po prostu przetrwać. I coraz bardziej wierzę, że te małe kotwice są wystarczające. Nie robią hałasu. Nie wołają o uwagę. Po prostu są. A czasem to naprawdę wystarczy.

Komentarze