Kiedy spada śnieg, świat cichnie. Jakby ktoś przykrył go miękką warstwą spokoju i powiedział: „teraz wolniej”. Biała zima ma w sobie coś kojącego. Nie krzyczy kolorami, nie rozprasza. Uczy patrzeć prościej. Na drzewa bez liści. Na ślady na śniegu. Na światło, które odbija się od bieli i robi się jaśniej, nawet w pochmurny dzień. Lubię tę zimową ciszę. Nie tę martwą, ale tę, która pozwala usłyszeć własne myśli.

Spacer wśród białych pól czy zasypanych ulic nie wymaga rozmów ani pośpiechu. Wystarczy iść. Oddychać. Być.

Biała zima przypomina mi, że nie wszystko musi się dziać naraz. Że są pory, kiedy życie po prostu odpoczywa pod powierzchnią. Zatrzymane, ale nie martwe. Czekające.

Patrzę na te białe krajobrazy i myślę, że to dobry moment, żeby nie naciskać. Nie przyspieszać. Nie domagać się od siebie więcej, niż naprawdę mogę dać.

Zima nie kwitnie. Zima trwa. I w tym trwaniu jest więcej sensu, niż często chcemy przyznać. Może dlatego tak lubię patrzeć na białą zimę. Bo ona niczego ode mnie nie chce. Jest. I pozwala mi być taką samą.

Komentarze