Najtrudniejsze rozmowy prowadzę… sama ze sobą

Najtrudniejsze rozmowy nie dzieją się przy stole. Nie wymagają odwagi, żeby spojrzeć komuś w oczy. Nie mają świadków. Najtrudniejsze rozmowy prowadzę… sama ze sobą. Zimą ten wewnętrzny dialog robi się głośniejszy. Jakby cisza i krótkie dni dawały mu więcej przestrzeni. Jakby świat, który zwalnia, mówił: „no dobrze, teraz posłuchaj”. I wtedy odzywa się on. Wewnętrzny krytyk.

Ten, który  zna mnie za dobrze. Wie, gdzie dotknąć. Wie, co wypomnieć. Wie, jak podać myśl w taki sposób, żeby zabrzmiała jak fakt, a nie opinia. „Mogłaś bardziej.” „Znowu nie dałaś rady.” „Inni jakoś potrafią.” „Co z tobą nie tak?”

Nie krzyczy. On mówi spokojnie. Czasem nawet logicznie. I właśnie dlatego bywa tak przekonujący. Najtrudniejsze w tych rozmowach jest to, że nie mogę wyjść z pokoju. Nie mogę zmienić tematu. Nie mogę udawać, że nie słyszę. Bo ten głos jest we mnie.

Przez długi czas myślałam, że muszę z nim walczyć. Zamykać go. Uciskać motywacyjnymi hasłami. Zagłuszać działaniem. A potem zaczęłam uczyć się czegoś innego: słuchać uważniej. Nie po to, żeby się zgadzać. Ale żeby zrozumieć, skąd ten głos się bierze. Bo często pod krytyką nie ma złośliwości. Jest zmęczenie. Lęk. Potrzeba bezpieczeństwa, która nie umie mówić łagodnie.

Zimą ten dialog uczy mnie jednej ważnej rzeczy: że sposób, w jaki mówię do siebie, ma znaczenie. Że słowa, których nikt nie słyszy, zostają najdłużej.

Coraz częściej próbuję więc odpowiadać inaczej. Nie ostro. Nie surowo. Ale tak, jak mówi się do kogoś, na kim naprawdę nam zależy. „Robisz, ile możesz.” „Masz prawo być zmęczona.” „To wystarczy na dziś.”

To wciąż nie są łatwe rozmowy. Ale są uczciwsze. I trochę cieplejsze. Bo jeśli już muszę prowadzić te najtrudniejsze rozmowy sama ze sobą… to chcę przynajmniej być po swojej stronie.

Komentarze