Dzień bez zachwytu. I całe szczęście

Są poranki, które nie zaczynają się dobrze ani źle. Zaczynają się… neutralnie. Bez energii, planów. potrzeby zachwytu nad nowym dniem i bez wewnętrznego coacha krzyczącego: „Dzisiaj możesz wszystko!” I kiedyś myślałam, że to problem, że dzień powinien zaczynać się od motywacji, celu, chęci podbijania świata jeszcze przed pierwszą kawą. Że jeśli nie wstaję z uśmiechem, to coś jest nie tak. Ze mną. Z życiem. Z poniedziałkiem. Dziś już wiem, że to była lekka przesada. I że nie każdy poranek musi być jak reklama jogurtu.

Dziś pozwalam sobie na poranki, które niczego nie obiecują. Wstaję. Robię kawę. Czasem nawet dwie, tak na wszelki wypadek. Jestem. Bez fajerwerków. Bez listy „muszę”. Bez presji, że jeśli teraz nie czuję sensu życia, to dzień się nie zaliczy.

Nie każdy dzień musi mnie zachwycać. Nie każdy poranek musi mnie pchać do przodu jak dobrze naoliwiona lokomotywa. Czasem wystarczy, że nie ciągnie mnie w dół. I to już jest sukces, nawet jeśli bez fanfar.

Neutralność bywa niedoceniana. Bo nie błyszczy. Nie nadaje się na cytat motywacyjny z brokatem. Nie krzyczy: „Patrzcie na mnie!” A przecież to ona daje stabilność. To ona pozwala iść dalej bez nadwyrężania siebie. Bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek, nawet sobie.

Neutralny poranek to nie porażka. To dzień, który mówi cicho: „Możesz dziś po prostu być. I to naprawdę wystarczy.” I może właśnie od takich poranków zaczyna się najzdrowsza wersja życia.

Komentarze