#Instaświęta - Natasza Socha o świętach bez filtra i o zmęczeniu byciem idealnym

Jest 5 stycznia. Choinka stoi twardo, światełka zapalam z potrzeby, nie z przyzwyczajenia. Święta są już za nami, ale ich echo jeszcze krąży po domu - w zapachu pomarańczy, w ciszy po gościach, w tym spokojnym zmęczeniu, które nie znika razem z kalendarzem. To właśnie w takim momencie czytam książki świąteczne. Nie wtedy, gdy wszystko jeszcze błyszczy i pędzi, ale wtedy, gdy można usiąść spokojnie i zobaczyć, co tak naprawdę zostało.

#Instaświęta Nataszy Sochy bardzo pasują do tego czasu „po”. Do momentu, w którym już nie trzeba udawać nastroju. Nie trzeba się uśmiechać na zawołanie ani robić zdjęć stołu, który dawno został sprzątnięty.

To książka o świętach bez filtra - i właśnie dlatego najlepiej czyta się ją wtedy, gdy filtr przestaje być potrzebny. Kiedy widać zmęczenie, niedopowiedzenia, drobne pęknięcia pod warstwą dekoracji. Natasza Socha pisze o ludziach, którzy bardzo się starają, żeby było pięknie. I o tym, jak łatwo w tym staraniu zgubić siebie.

Czytając w styczniu, czułam większą uważność. Mniej oczekiwań, więcej prawdy. Historie z książki nie były już „świąteczne” w dosłownym sensie, lecz stały się opowieścią o relacjach, o potrzebie bycia zauważonym, o zmęczeniu idealnością.

Najbardziej poruszyło mnie to, jak bardzo te historie zostają aktualne po świętach. Bo presja nie znika wraz z kalendarzem. Ona tylko zmienia formę. Nadal chcemy dobrze wypaść, dobrze wyglądać, dobrze wypaść w cudzych oczach, nawet jeśli już nie ma choinki w kadrze.

Po #Instaświętach miałam ochotę wyłączyć telefon. Usiąść w ciszy. Pozwolić sobie na zwyczajność. I pomyśleć, że może właśnie teraz, kiedy nic nie trzeba, jest najlepszy moment na prawdziwą rozmowę.

To dobra książka na czas „pomiędzy”. Między świętami a codziennością. Między tym, co pokazujemy, a tym, co naprawdę czujemy. I jeśli miałabym polecić moment na jej przeczytanie, to właśnie ten. Gdy wszystko już się wydarzyło. I można wreszcie spokojnie spojrzeć bez filtra.

Komentarze