"Świąteczna mozaika" - Natasza Socha o tym, że z małych historii składa się coś większego

W zimowym wyzwaniu czytelniczym najbardziej lubię ten moment, kiedy książka nie próbuje być „jedną wielką opowieścią”. Kiedy zamiast tego podaje kilka mniejszych historii - takich, które same w sobie są niepozorne, ale razem zaczynają tworzyć sens. Świąteczna mozaika Nataszy Sochy dokładnie taka jest. To zbiór losów, emocji i drobnych chwil, które jak w prawdziwym życiu, nie zawsze układają się idealnie, ale razem tworzą obraz ciepły i znajomy.

Czytałam tę książkę spokojnie, fragmentami, bez potrzeby połykania jej naraz. Każda historia była jak osobny kawałek, trochę inna, z innym nastrojem, inną wrażliwością. Jedna bardziej wzruszająca, inna lżejsza, jeszcze inna skłaniająca do zatrzymania się na chwilę.

Podobało mi się to, że autorka nie próbuje na siłę ujednolicić emocji. Pozwala im być różnymi. Bo przecież święta też takie są. Dla jednych radosne, dla innych trudne, czasem samotne, czasem pełne nadziei. I wszystkie te odcienie mają tu swoje miejsce. To nie jest książka, która zaskakuje fabularnie. Ale też nie musi. Jej siła tkwi w zwyczajności. W tym, że łatwo odnaleźć w niej siebie albo kogoś znajomego. Że czytając, człowiek myśli, że to mogłoby wydarzyć się naprawdę.

W styczniu - kiedy świąteczny gwar już ucichł, a codzienność powoli wraca na swoje tory - Świąteczna mozaika działa wyjątkowo dobrze. Nie rozprasza. Nie męczy. Raczej pozwala miękko wejść w nowy rytm, bez nagłego szarpania emocji. To jedna z tych książek, które nie zostawiają jednego wielkiego wrażenia, ale zostawiają wiele małych myśli. A one - jak elementy mozaiki - zostają w pamięci na dłużej, niż się spodziewamy. I chyba właśnie o to w zimowym czytaniu chodzi. Nie o fajerwerki. O spokojne składanie siebie z drobnych chwil. 

Komentarze