Są takie momenty w życiu, kiedy wszystko nagle cichnie. Nie dlatego, że tak chcemy, ale dlatego, że tak się dzieje. Świat obraca się jakby wolniej, ludzie znikają z pierwszego planu, a my zostajemy sam na sam ze sobą. Kiedyś bałam się tej ciszy. Wydawała mi się pustką, stratą, czymś, co trzeba jak najszybciej wypełnić — rozmową, ruchem, decyzją, byle nie zostać z tym, co w środku. Dziś patrzę na nią inaczej. Bo właśnie cisza nauczyła mnie najwięcej.

W ciszy zobaczyłam, że mogę stanąć na nogi nawet wtedy, kiedy nikt mnie nie trzyma. Że potrafię dźwigać siebie, chociaż kiedyś wydawało mi się to niemożliwe. Że umiem żyć bez rzeczy, które myślałam, że są mi niezbędne.

Samotność po trudnych doświadczeniach nie była łatwa, ale była uczciwa. Zdjęła ze mnie to, co nieprawdziwe. Oddzieliła to, co było złudzeniem, od tego, co naprawdę we mnie zostało.

W ciszy nauczyłam się przede wszystkim słuchać siebie, a nie cudzych oczekiwań, nie bać się własnych uczuć, nie gonić za akceptacją, której nie potrzebuję i wybierać spokój zamiast chaosu.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że im bardziej oswajałam samotność, tym mniej była samotnością. Zamieniła się w przestrzeń dojrzewania. W momenty, kiedy mogłam zobaczyć, kim jestem bez tego wszystkiego, co mnie kiedyś przygniatało.

Cisza nie zabrała mi życia. Cisza nauczyła mnie je widzieć. Prościej. Prawdziwiej. Bez udawania. I może właśnie dlatego nie uciekam już przed nią. Bo wiem, że to w niej rośnie to, co ma przetrwać.

Komentarze