Zimowy poranek – jak naprawdę zaczynam dzień

Zimowy poranek ma swoje zasady. Pierwsza brzmi: nie wyskakujemy z łóżka jak w reklamie kawy. Nikt rozsądny tego nie robi, zwłaszcza gdy za oknem ciemno, zimno i świat wygląda, jakby sam jeszcze nie był gotowy. Mój dzień zaczyna się więc powoli. Najpierw jest moment negocjacji z budzikiem - takich bardzo poważnych, na zasadzie: „Jeszcze pięć minut i obiecuję, że będę dorosła”.

Potem przeciąganie się pod kołdrą, które trwa dłużej niż powinno, ale krócej niż bym chciała. Zanim dotknę podłogi, muszę mentalnie zaakceptować fakt, że ona nie będzie ciepła. To ważny etap poranka. Nie wolno go pomijać. Dopiero potem przychodzi kawa. Nie taka na szybko, nie „byle jaka”. Kawa, która mówi: „Dobrze, jesteśmy już razem, damy radę”. Czasem wypijana w ciszy, czasem z myślami, które jeszcze nie do końca się obudziły, ale już próbują coś komentować.

Zimowe poranki są dla mnie inne niż wszystkie. Bardziej miękkie. Mniej ambitne. Nie wymagają od razu wielkich planów i natychmiastowej produktywności. Często wyglądają tak: ciepły sweter, zaparowane okno, światło, które dopiero się zbiera, żeby wstać. I ja - jeszcze trochę wczorajsza, jeszcze nie do końca gotowa, ale już obecna. Nie zaczynam dnia od „muszę”. Zaczynam od „jestem”. I to w zupełności wystarcza.

Bo zimowy poranek nie chce, żebym była szybka i idealna. On chce, żebym była ciepła. Dla siebie.

Komentarze