Nie wszystko trzeba naprawiać

Dojrzałość przyszła do mnie cicho. Nie z wielkimi wnioskami, nie z gotową odpowiedzią na wszystko. Przyszła z jedną prostą myślą, która z czasem zaczęła układać mi świat: nie wszystko trzeba naprawiać. Nie każdą relację. Nie każde uczucie. Nie każdy stan, w którym akurat jestem. Przez długi czas myślałam, że dorosłość polega na działaniu. Na reagowaniu od razu. Na poprawianiu, wyjaśnianiu, naprawianiu siebie, innych, sytuacji. Jakby każda trudność była zadaniem do rozwiązania, a każdy brak spokoju błędem, który trzeba jak najszybciej usunąć. A potem zaczęłam zauważać, że niektóre rzeczy wcale nie chcą być ruszane. Że im bardziej się przy nich krzątam, tym mniej jest w nich miejsca na oddech.

Są relacje, które potrzebują ciszy, a nie rozmowy. Są uczucia, które chcą być przeżyte, a nie wytłumaczone. Są stany, które same mijają, jeśli nie próbuję ich przyspieszyć ani wypchnąć z siebie na siłę. Są rzeczy, które potrzebują czasu, a nie interwencji. Są sprawy, które same się układają, jeśli się im nie przeszkadza. I są momenty, w których najlepszym wyborem jest zostawienie wszystkiego w spokoju - nie z obojętności, ale z uważności.

To nie jest rezygnacja. To nie jest poddanie się. To jest zaufanie. Do siebie, że poradzę sobie także wtedy, gdy nie robię nic spektakularnego. Do procesu, że życie ma swoje tempo i nie zawsze potrzebuje mojej kontroli. Do życia, które czasem wie lepiej, niż my byśmy chciały.

Coraz częściej wybieram nienaprawianie. Nie dlatego, że mi nie zależy. Ale dlatego, że zależy mi mądrzej. I w tym wyborze jest dużo więcej pokoju niż w ciągłym działaniu, niż w poprawianiu wszystkiego na siłę, niż w przekonaniu, że jeśli czegoś nie ruszę, to coś stracę.

Czasem największą zmianą jest właśnie to, że pozwalam rzeczom być takimi, jakie są. I sobie też.

Komentarze