Pięć minut na ławce

Wyszłam tylko na krótki spacer. Taki bez celu. Bez liczenia kroków, bez planowania trasy i bez przekonania, że koniecznie muszę wrócić z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Po prostu zamknęłam drzwi i poszłam przed siebie. Po kilku minutach zobaczyłam pustą ławkę. Pewnie mijałam ją już dziesiątki razy, ale tego dnia wyglądała jakoś wyjątkowo zachęcająco. Usiadłam z myślą, że dam sobie pięć minut. Dosłownie pięć. Przecież w domu czekało jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. I wtedy wydarzyło się... właściwie nic.

Starszy pan powoli prowadził psa, który co kilka kroków zatrzymywał się, jakby koniecznie musiał obwąchać każdy listek. Dwójka dzieci ścigała gołębie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależały losy świata. Ktoś przejechał rowerem. Z pobliskiego balkonu dobiegał zapach obiadu. Drzewa delikatnie poruszały się na wietrze, a ja pierwszy raz od dłuższego czasu nie sprawdzałam, która jest godzina.

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio naprawdę siedziałam. Nie przy komputerze. Nie z telefonem w ręku. Nie czekając na kogoś. Tak po prostu. Mam wrażenie, że dzisiaj nawet odpoczynek próbujemy robić produktywnie. Spacer? Dobrze, ale niech będzie przynajmniej osiem tysięcy kroków. Ławka? Jasne, ale najlepiej od razu odpowiedzieć na wiadomości. Kawa? Świetnie, tylko przy okazji można jeszcze obejrzeć kilka rolek. A może nie zawsze trzeba robić coś „przy okazji”?

Może czasem wystarczy usiąść i pozwolić światu toczyć się bez naszego udziału.

Śmieję się czasem sama z siebie, bo jestem mistrzynią wymyślania zajęć. Nawet kiedy mam wolną chwilę, mój mózg natychmiast podpowiada: „Skoro już siedzisz, to mogłabyś...”. Posprzątać. Odpisać. Zaplanować. Zamówić. Sprawdzić. Jakby bezczynność była czymś podejrzanym.

A przecież właśnie podczas tych kilku minut na ławce przyszło mi do głowy więcej dobrych myśli niż przez cały poranek spędzony na bieganiu od jednej sprawy do drugiej.

Może dlatego coraz bardziej lubię takie małe ucieczki. Nie trzeba wyjeżdżać w góry ani nad morze. Czasem wystarczy najzwyklejsza ławka w parku albo pod blokiem. Taka, obok której codziennie przechodzimy, nawet na nią nie patrząc.

Kiedy wróciłam do domu, nic się nie zmieniło. Naczynia nadal czekały w zlewie, pranie samo się nie rozwiesiło, a lista spraw do załatwienia wcale nie zrobiła się krótsza. Zmieniło się za to coś we mnie. Jakby ktoś na chwilę ściszył hałas, który od rana grał mi w głowie. I pomyślałam, że chyba za rzadko dajemy sobie te zwykłe pięć minut. Nie dlatego, żeby uciec od życia. Właśnie po to, żeby do niego spokojniej wrócić.

A kiedy ostatnio usiadłeś po prostu na ławce... nie po to, żeby na kogoś czekać, ale żeby przez chwilę pobyć ze sobą?

Komentarze