"Mów własnym głosem" - Regina Brett o tym, że najtrudniej jest powiedzieć: „to jestem ja”
Nie wiem, czy też tak macie, ale przez większą część życia bardziej martwiłam się tym, żeby nikogo nie zawieść, niż tym, czy sama jestem szczęśliwa. Nie chciałam sprawiać przykrości. Wolałam ustąpić. Przemilczeć. Zgodzić się, choć w środku czułam, że myślę zupełnie inaczej. I chyba właśnie dlatego książka „Mów własnym głosem” Reginy Brett trafiła do mnie w dobrym momencie. To nie jest poradnik, który obiecuje, że po przeczytaniu pięćdziesięciu lekcji nagle staniesz się pewną siebie osobą. Regina Brett nie daje gotowych recept. Raczej siada obok czytelnika i spokojnie pokazuje, że własny głos odnajduje się małymi krokami.
Czytając tę książkę, kilka razy odkładałam ją na bok. Nie dlatego, że mnie nudziła. Wręcz przeciwnie. Po prostu miałam potrzebę zatrzymać się i pomyśleć o sobie. O tym, ile razy powiedziałam „tak”, kiedy chciałam powiedzieć „nie”. Ile razy tłumaczyłam swoje decyzje tylko dlatego, że bałam się, co pomyślą inni. Ile razy próbowałam dopasować się do czyichś oczekiwań, zamiast zapytać siebie, czego naprawdę chcę.
Najbardziej lubię książki, które nie krzyczą. Nie próbują mnie przekonać, że od jutra mam być zupełnie innym człowiekiem. Zamiast tego delikatnie przypominają, że mam prawo być sobą. Regina Brett pisze właśnie w taki sposób. Bez wywyższania się. Bez oceniania. Bardziej jak dobra znajoma, która dzieli się własnym doświadczeniem i mówi: „Wiesz... ja też przez to przechodziłam.” I chyba dlatego tak dobrze się ją czyta.
Po zamknięciu tej książki nie miałam ochoty zmieniać całego swojego życia. Ale miałam ochotę częściej słuchać siebie. Bo własny głos nie zawsze oznacza mówienie najgłośniej. Czasem oznacza po prostu odwagę, żeby powiedzieć spokojnie: „To jest ważne dla mnie.” I mam wrażenie, że właśnie od takich zdań zaczynają się największe zmiany.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)