Codziennik Zadumanej #6
Dziś wydarzyło się coś podejrzanego.
Obudziłam się późno.
Naprawdę późno. Jak na mnie wręcz skandalicznie. Przez chwilę miałam nawet ochotę wpaść w ten dobrze znany tryb: „No pięknie, pół dnia zmarnowane...”.
Ale wiecie co?
To wcale nie była prawda.
Bo choć dzień zaczął się później niż zwykle, udało mi się zrobić naprawdę sporo. Odhaczyłam wszystko, co było do zrobienia, odpisałam, napisałam, ogarnęłam. I nagle dotarło do mnie, że chyba tylko my, dorośli, potrafimy mieć wyrzuty sumienia o godzinę pobudki.
A potem...
Potem pozwoliłam sobie zwolnić.
Bez negocjacji z samą sobą.
Poszłam na długi spacer. Taki, na którym nie liczy się kroków, tylko myśli, które po drodze same się układają. Później urządziłam sobie małe, domowe SPA. Nic spektakularnego. Kilka prostych chwil, które przypominają, że o siebie też wypada zadbać.
Na koniec zabrałam książkę i rozsiadłam się na balkonie.
Uwielbiam ten moment dnia, kiedy świat jakby cichnie. Ludzie wracają do domów, słońce robi się bardziej miękkie, a książka nagle wciąga dwa razy bardziej niż rano. Od czasu do czasu podnosiłam wzrok znad kartek i myślałam, że przecież nigdzie mi się dziś nie spieszy.
I chyba właśnie takich dni najbardziej potrzebuję.
Nie tych, które można opowiedzieć w dziesięciu emocjonujących historiach.
Tylko tych zwyczajnych.
Takich, po których człowiek nie jest bardziej zmęczony niż rano.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że odpoczynek nie jest nagrodą za ciężką pracę.
Jest jej częścią.
Bo jeśli ciągle tylko biegniemy, to w końcu zapominamy, dokąd właściwie chcieliśmy dojść.
A jutro?
Jutro znowu pewnie wstanę skoro świt. Tak już mam.
Ale dziś... dziś bardzo dobrze było sobie przypomnieć, że świat naprawdę się nie zawali, jeśli człowiek raz na jakiś czas po prostu usiądzie na balkonie z książką i pozwoli wieczorowi płynąć swoim tempem.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)