Codziennik Zadumanej #4

Jest dopiero południe, a ja mam wrażenie, jakby ten dzień trwał już dwa razy dłużej niż zwykle. I wcale nie narzekam.

Pobudka o piątej. Nie dlatego, że musiałam. Po prostu obudził mnie ten rodzaj ciszy, który latem zdarza się tylko bardzo wcześnie rano. Wzięłam Sisi i poszłyśmy na długi spacer. Powietrze było jeszcze przyjemne, ptaki urządzały swój poranny koncert, a ja po raz kolejny pomyślałam, że człowiek naprawdę niewiele potrzebuje, żeby dobrze zacząć dzień.

Potem kawa. Taka spokojna, bez pośpiechu. Kilka stron książki, uzupełnienie wpisów na blogach i nagle zorientowałam się, że zrobiłam tyle rzeczy, a przecież nawet nie spojrzałam na zegarek.

Teraz siedzę z moim pozytywnym pamiętnikiem. Lubię te chwile. Wracam do drobiazgów, które łatwo przegapić, kiedy dzień pędzi. Zapisuję, za co jestem wdzięczna, co mnie ucieszyło, co wywołało uśmiech. I wiecie co? Czasem największym wydarzeniem dnia jest to, że kawa była naprawdę dobra, spacer był dłuższy niż zwykle, a kot... no dobrze, kot akurat niczego nie zniszczył. To też można uznać za mały cud.

Za oknem w słońcu już 33 stopnie, więc plan na dalszą część dnia jest prosty: nie udawać bohatera. Nie biegać z odkurzaczem po mieszkaniu, nie wymyślać sobie dwudziestu nowych obowiązków i nie mieć wyrzutów sumienia, że niedziela wygląda jak... niedziela.

Coraz bardziej lubię takie dni. Bez fajerwerków. Bez listy zadań odhaczanej w szalonym tempie. Za to z poczuciem, że życie składa się właśnie z takich spokojnych poranków, spacerów, książek, kubków kawy i kilku zdań zapisanych w pamiętniku.

I chyba właśnie tego chcę sobie życzyć jak najczęściej.

Komentarze