Dzień bez wielkich planów, ale z jedną dobrą rzeczą

Są takie dni, o których wieczorem trudno byłoby coś spektakularnego opowiedzieć. Nikt nie zadzwonił z dobrą wiadomością, nie wydarzyło się nic, co nadawałoby się na zdjęcie z podpisem „najlepszy dzień ever”, lista spraw do zrobienia wcale nie zrobiła się krótsza, a pogoda też nie postanowiła współpracować. Gdyby ktoś zapytał mnie, co dziś robiłam, pewnie odpowiedziałabym: „W sumie... nic wyjątkowego”. I właśnie wtedy najczęściej okazuje się, że ten dzień wcale nie był taki zwyczajny.

Coraz częściej łapię się na tym, że wieczorem zamiast myśleć o wszystkim, czego nie udało mi się zrobić, próbuję przypomnieć sobie jedną dobrą rzecz. Tylko jedną. Nie musi być wielka. Wystarczy, że była prawdziwa.

Czasem jest to pierwsza kawa wypita jeszcze w ciszy, zanim świat na dobre się obudzi. Innym razem zapach deszczu wpadający przez uchylone okno albo wiadomość od kogoś, kto odezwał się bez żadnego powodu, tylko po to, żeby zapytać, co słychać. Bywa, że ratuje mnie śmiech z czegoś zupełnie głupiego. Zdarzało mi się śmiać sama z siebie, kiedy po raz trzeci szukałam okularów, mając je... na nosie. Nie pytajcie, ile razy to się już wydarzyło. Wolę tego nie liczyć. 

Mam wrażenie, że przez lata nauczyliśmy się oceniać dzień po jego efektach. Jeśli wszystko zostało odhaczone, był dobry. Jeśli czegoś nie zdążyliśmy, automatycznie ląduje w szufladce z napisem „średni”. A przecież życie wcale tak nie działa. Ono nie składa się z samych sukcesów, wielkich decyzji i przełomowych momentów. Większość naszego życia to właśnie te zwyczajne wtorki, środy i piątki, które z pozoru niczym się nie wyróżniają.

I może właśnie dlatego warto je trochę oswoić. Zamiast czekać na coś wielkiego, nauczyć się zauważać to, co już jest. Jedną dobrą rozmowę. Promień słońca, który niespodziewanie wyszedł zza chmur. Ulubiony kubek, z którego herbata jakoś zawsze smakuje lepiej. Kota, który akurat dziś postanowił być wyjątkowo miły. Albo ten moment, kiedy wieczorem wreszcie siadasz na kanapie i myślisz: „Dobrze... na dziś już wystarczy.”

Od jakiegoś czasu coraz bardziej lubię takie dni. Nie dlatego, że są idealne, ale dlatego, że niczego nie udają. Nie muszą imponować. Nie proszą o uwagę. Po prostu mijają spokojnie, zostawiając po sobie jedno ciepłe wspomnienie. I wiecie co? Czasem mam wrażenie, że to właśnie one budują nasze życie znacznie bardziej niż te wszystkie dni, które wydawały się wielkimi wydarzeniami.

Dlatego chyba zacznę prowadzić mały, bardzo prosty rytuał. Każdego wieczoru będę szukała jednej rzeczy, która uratowała mi dzień. Jednej chwili, jednego uśmiechu, jednego drobiazgu. Bo kiedy zbierze się ich trzydzieści, nagle okazuje się, że miesiąc wcale nie był taki zwyczajny.

A dziś?

Moją jedną dobrą rzeczą jest to, że mogłam usiąść i napisać te kilka zdań. Bo może po drugiej stronie ekranu właśnie ktoś przeczyta je przy kubku herbaty i pomyśli o swojej jednej dobrej rzeczy.

I chyba to jest całkiem piękne.

A gdybyś miał lub miała wskazać tylko jedną rzecz z dzisiejszego dnia, tę jedną, która sprawiła, że zrobiło Ci się choć odrobinę lżej... co by to było?

Komentarze