Lubię ludzi, przy których nie muszę się spinać
Kilka dni temu miałam wpaść do kogoś dosłownie na chwilę. Wiecie, taka zwykła kawa. Nic wielkiego. I złapałam się na czymś, co pewnie zna większość z nas. Stałam przed szafą i zastanawiałam się, co założyć. Potem pomyślałam, czy włosy dobrze wyglądają, czy może jednak powinnam poprawić makijaż, a może jeszcze kupić coś słodkiego, żeby nie iść z pustymi rękami. Pięć minut później wybuchnęłam śmiechem. Przecież jechałam do osoby, która widziała mnie już w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi byle jak i z miną człowieka, który od rana walczy z ekspresem do kawy. I wiecie co? Nigdy nie miałam wrażenia, że jestem tam oceniana. To jest ogromny luksus.
Coraz bardziej lubię ludzi, przy których nie muszę się zastanawiać nad każdym słowem. Takich, przy których cisza nie jest niezręczna, tylko zwyczajna. Mogę powiedzieć, że mam gorszy dzień i nie usłyszę od razu listy gotowych rozwiązań. Mogę się śmiać z własnych wpadek, a oni śmieją się razem ze mną, a nie ze mnie.
Z wiekiem chyba coraz mniej imponują mi znajomości, które dobrze wyglądają z zewnątrz. Znacznie bardziej cenię te, po których wracam do domu spokojniejsza niż przed spotkaniem.
Wiecie, po czym poznaję takich ludzi?
Po tym, że nie robię w głowie próbnej rozmowy przed spotkaniem. Nie zastanawiam się, czy wypada o czymś powiedzieć. Nie analizuję później przez pół wieczoru, czy przypadkiem nie powiedziałam czegoś głupiego. Po prostu jestem. A to wcale nie zdarza się tak często.
Czasami wystarczy godzina spędzona z odpowiednią osobą, żeby cały dzień zrobił się lżejszy. Nie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykłego. Po prostu przez chwilę nie trzeba było nikogo udawać.
Lubię też ludzi, którzy nie obrażają się o ciszę. Takich, z którymi można siedzieć przy herbacie i przez kilka minut patrzeć przez okno. Bez nerwowego szukania kolejnego tematu. Bez poczucia, że trzeba czymś wypełnić każdą sekundę. To zabawne, ale czasem właśnie wtedy prowadzi się najlepsze rozmowy. Albo... nie prowadzi się ich wcale i też jest dobrze.
Ostatnio pomyślałam, że bezpieczna obecność jest trochę jak ulubiony fotel. Nie zwracasz na niego większej uwagi, dopóki go nie zabraknie. Po prostu siadasz i jest Ci wygodnie. Nie myślisz o tym, jak wyglądasz, czy dobrze siedzisz i czy przypadkiem nie zajmujesz za dużo miejsca. Po prostu odpoczywasz. Chyba z ludźmi jest podobnie.
Najpiękniejsze relacje to nie te, przy których świecimy najmocniej. To te, przy których wreszcie możemy zgasić wszystkie reflektory.
Nie musimy być zabawniejsi, mądrzejsi ani bardziej interesujący. Nie musimy mieć idealnie posprzątanego mieszkania, najlepszego humoru ani gotowej odpowiedzi na każde pytanie. Możemy przyjść z potarganymi myślami, z kubkiem herbaty w dłoni i powiedzieć: „Dzisiaj jakoś nie mam energii”.
I usłyszeć tylko: „To dobrze, że jesteś.”
Coraz bardziej wierzę, że właśnie takich ludzi warto trzymać blisko. Nie dlatego, że rozwiązują nasze problemy. Tylko dlatego, że przy nich życie przestaje być egzaminem.
A to, w dzisiejszych czasach, jest naprawdę bezcenne.
Jest w Twoim życiu ktoś, przy kim możesz być po prostu sobą, bez udawania i bez spinania się?

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)