Twórczy wieczór zamiast scrollowania
Nie wiem, kiedy to się stało, ale wieczory zaczęły wyglądać podejrzanie podobnie. Siadam na kanapie z myślą, że tylko na chwilę sprawdzę, co nowego w internecie. Pięć minut zamienia się w dwadzieścia, potem w czterdzieści, a ja nagle orientuję się, że obejrzałam kilkanaście filmików, których następnego dnia i tak nie będę pamiętała. Za to doskonale pamiętam jedno uczucie. Głowa jest pełna, a jednocześnie jakaś... pusta. Najzabawniejsze jest to, że przecież sama mam milion pomysłów na rzeczy, które mogłabym zrobić. W szufladach czekają papiery, wstążki, wykrojniki, kleje, farby i cała armia przydasi, które kupowałam z przekonaniem, że „na pewno się przydadzą”. I wiecie co? One naprawdę się przydają. Tylko najpierw trzeba odłożyć telefon.
Nie ma znaczenia, czy robię kartkę, wycinam jakieś drobiazgi, układam kompozycję czy po raz setny zastanawiam się, czy ten kwiatuszek powinien być dwa centymetry bardziej w lewo. W takich chwilach dzieje się coś dziwnego. Ręce są zajęte, więc głowa wreszcie przestaje biegać we wszystkie strony. Nagle nie analizuję rozmowy sprzed tygodnia, nie układam w myślach odpowiedzi, której już nigdy nikomu nie wyślę, i nie tworzę czarnych scenariuszy na przyszłość. Skupiam się na tym, żeby klej nie wylądował tam, gdzie absolutnie nie powinien. Choć... bądźmy szczerzy. Czasem ląduje. I najczęściej nie na kartce.
Lubię ten moment, kiedy na stole robi się twórczy bałagan. Nożyczki znikają dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebne. Ołówek wyparowuje. Taśma klejąca prowadzi własne życie, a ja po kilku minutach odkrywam, że cały czas leży tuż obok mojej ręki. To chyba jakieś prawo każdego, kto lubi coś tworzyć.
Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Że efekt końcowy wcale nie jest najważniejszy. Oczywiście, miło spojrzeć na gotową kartkę czy dekorację i pomyśleć: „To wyszło całkiem nieźle”. Ale prawdziwa wartość kryje się w tej godzinie czy dwóch, kiedy świat trochę zwalnia. Kiedy zamiast bez końca przesuwać palcem po ekranie, przesuwam kawałek koronki, przyklejam listek albo wybieram kolor wstążki.
Mam nawet swoją teorię. Tworzenie jest trochę jak spacer dla głowy. Nogi zostają w domu, ale myśli wychodzą na świeże powietrze. Wracają spokojniejsze, mniej zmęczone i jakoś łatwiej się z nimi dogadać.
Nie namawiam nikogo, żeby od jutra kupował maszynkę do scrapbookingu albo pół sklepu plastycznego. Naprawdę nie o to chodzi. Może to być szydełko, kolorowanka, układanie puzzli, haft, malowanie kamieni albo przesadzanie kwiatów. Cokolwiek sprawi, że ręce będą miały co robić, a głowa wreszcie dostanie chwilę wolnego.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym luksusem nie jest dziś nowy telefon ani kolejny serial do obejrzenia. Największym luksusem jest wieczór, po którym czuję się spokojniejsza niż wtedy, gdy się zaczynał.
Dlatego jeśli dziś wieczorem znowu złapiesz się na tym, że bezmyślnie przewijasz kolejne filmiki, spróbuj zrobić mały eksperyment. Odłóż telefon na pół godziny. Wyciągnij coś, co od dawna czekało na swoją kolej, i po prostu zacznij. Bez planu, bez presji, bez oczekiwania, że powstanie małe dzieło sztuki.
Jest spora szansa, że kiedy spojrzysz na zegarek, okaże się, że minęły dwie godziny. A Ty pierwszy raz od dawna pomyślisz: „Ale to był naprawdę dobry wieczór.”

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)