Codziennik Zadumanej #7
Dziś odkryłam, że zakupy też mogą być przygodą. Nie byłam w Rzymie. Nie byłam w Paryżu. Nawet do galerii nie jechałam z wielkim planem. Ot, zwykłe zakupy. Pepco, Empik i Rossmann. I wiecie co?
Szkoda, że nie ma jeszcze sklepu na literę U. Bo wtedy byłoby... PERU. 😄
W Empiku czekała na mnie nowa książka mojej ukochanej Freidy McFadden. To był ten zakup, po który szłam z pełnym przekonaniem. Taki, który jeszcze zanim wróci do domu, już ma zarezerwowane miejsce na stoliku.
Ale największe zaskoczenie czekało na mnie w Pepco.
Jesień. W lipcu.
Dynie, ciepłe kolory, jesienne dekoracje... Wszystko wyglądało tak, jakby kalendarz postanowił przeskoczyć kilka stron.
I teraz mam mały problem.
Bo jestem jesieniarą z krwi i kości.
Dla mnie wrzesień pachnie nowymi zeszytami, swetrem zarzuconym na ramiona, herbatą, książkami i wieczorami, które przychodzą trochę za szybko. Jesień zawsze była moją porą roku.
Ale... Czy naprawdę już?
Z jednej strony pomyślałam: "Ludzie, mamy jeszcze lato!"
Z drugiej... no cóż... dyniowa deska sama wskoczyła do koszyka. A zaraz za nią ceramiczna dynia. Przecież nie mogłam ich tam zostawić. Byłyby smutne. 😄
Wróciłam do domu z książką, kilkoma drobiazgami i myślą, że chyba jestem gdzieś pomiędzy.
Jeszcze chcę nacieszyć się latem.
Ale już zerkam w stronę jesieni.
I chyba właśnie dlatego tak ją lubię.
Ona nigdy nie wpada z hukiem.
Najpierw pojawia się gdzieś na sklepowej półce.
Potem w jednej książce przeczytanej pod kocem.
Później w kubku gorącej herbaty.
A zanim człowiek się obejrzy, siedzi przy oknie, patrzy na kolorowe liście i myśli: "No dobrze... czekałam na ciebie."
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)