Największy lęk — Linwood Barclay, czyli jak autor postanowił sprawdzić, czego tak naprawdę się boimy
Są książki, które wprowadzają człowieka w delikatny niepokój. Są też takie, które po prostu wchodzą z butami w Twój wieczór i mówią: „To teraz porozmawiamy o Twoich lękach, dobrze?” Linwood Barclay w „Największym lęku” robi dokładnie to drugie. Na początku wszystko wygląda normalnie: rodzina, codzienność, zwykłe drobiazgi. To ten rodzaj pozornego spokoju, w którym czytelnik siedzi wygodnie i myśli, że już nic go nie zaskoczy. Ha. Barclay tylko na to czeka.
Kiedy fabuła rusza, rusza tak, jakby ktoś nagle odciął linę bezpieczeństwa. Bohaterowie trafiają w sytuacje, w których nikt z nas nie chciałby się znaleźć bo tu nie chodzi o potwory, kosmitów czy duchy. Tu chodzi o coś znacznie gorszego: lęki, które mamy wszyscy. Utrata bliskich. Brak kontroli. Poczucie, że coś złego dzieje się tuż obok, a my nie widzimy jeszcze pełnego obrazu. I w tym Barclay jest świetny. Nie straszy fajerwerkami. Straszy codziennością.
W trakcie lektury parę razy złapałam się na tym, że przerywam, bo muszę „na szybko” sprawdzić okna. I chociaż dobrze wiedziałam, że nic tam nie ma, wyobraźnia już pracowała na pełnych obrotach.
„Największy lęk” to thriller, który nie tylko wciąga, ale też zostawia coś po sobie. Coś, co siedzi w środku jeszcze długo po zamknięciu książki. Coś, co każe się zastanowić, jak cienka jest granica między porządkiem a chaosem i jak łatwo można tę granicę przekroczyć jednym nagłym wydarzeniem. Jest adrenalina. Jest niepokój. Jest ten dziwny moment, kiedy czytasz i myślisz: „Okej, teraz to już na pewno wszystko rozumiem”… a Barclay właśnie wtedy postanawia udowodnić, że jednak nie.
Czy polecam? Oczywiście. Tylko nie czytajcie przed snem - chyba że lubicie, kiedy Wam myśli biegają dalej, mimo że oczy już chcą spać.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)