Co chcę zostawić w starym roku

Nie chcę zabierać ze sobą wszystkiego. Niektóre rzeczy były potrzebne tylko na chwilę. Inne nauczyły mnie więcej, niż byłam gotowa przyznać. Ale nie wszystkie muszą iść dalej. Ten rok pokazał mi, jak bardzo potrafię trzymać się tego, co już nie służy. Z przyzwyczajenia. Ze strachu. Z poczucia obowiązku. Dlatego dziś, na chwilę przed nowym rokiem,  chcę coś odłożyć.

Chcę zostawić przekonanie, że muszę być silna zawsze i dla wszystkich. Nie muszę. Mogę być prawdziwa. A to często znaczy: zmęczona, cicha, niedoskonała.

Chcę zostawić relacje, które wymagają ode mnie rezygnowania z siebie. Te, w których jestem tylko wtedy, gdy spełniam cudze oczekiwania. Miłość nie powinna boleć codziennie.

Chcę zostawić presję bycia „ogarniętą”. Życie nie jest projektem do zrealizowania. Czasem wystarczy je przeżyć - uczciwie, po swojemu.

I wreszcie chcę zostawić oczekiwania, które nie są moje. Te podszyte porównywaniem się, lękiem, cudzym tempem. One zabierają radość, zanim ta zdąży się pojawić.

Nie wiem jeszcze, co przyniesie nowy rok. Ale wiem jedno: chcę wejść w niego lżejsza. Bez bagażu, który już spełnił swoją rolę. Zostawiam to, co ciąży. Zabieram to, co daje życie. I to jest mój cichy wybór na koniec tego roku.

Obietnica - Agnieszka Peszek o słowach, które zostają z nami na dłużej, niż planowaliśmy

Są obietnice, które składamy z pełnym przekonaniem. I są takie, które wypowiadamy trochę mimochodem - w emocjach, w chwili bliskości, w nadziei, że jakoś to będzie. A potem życie robi swoje, czas mija, a słowa… zostają. Ciche, ale uparte. „Obietnica” Agnieszki Peszek jest właśnie o takich słowach. O tych, które wracają po latach i domagają się uwagi. Nie krzykiem. Raczej tym charakterystycznym uciskiem w środku, kiedy nagle przypominasz sobie coś, co miało być „na zawsze”.

Czytałam tę książkę wolno. Nie dlatego, że była trudna - przeciwnie. Raczej dlatego, że zmuszała do zatrzymań. Do myślenia o przeszłości, o decyzjach, o tym, jak często nie zdajemy sobie sprawy z wagi własnych deklaracji.

Agnieszka Peszek nie prowadzi czytelnika za rękę. Daje przestrzeń. Na domysły, na emocje, na własne wspomnienia. Przeszłość w tej historii nie jest dramatycznym potworem wyskakującym z szafy. Jest raczej jak stary list znaleziony w szufladzie - niby znany, a jednak czytany dziś zupełnie inaczej.

Najmocniej poruszyło mnie to, jak autorka pokazuje konsekwencje. Bez oceniania, bez moralizowania. Po prostu życie. Z jego niedopowiedzeniami, małymi ucieczkami i próbami udawania, że czegoś nigdy nie było.

Po skończeniu „Obietnicy” długo siedziałam w ciszy. Z tą myślą, że każdy z nas nosi w sobie jakieś niewypowiedziane „pamiętam”. I że czasem najtrudniejsze nie jest dotrzymać obietnicy komuś innemu - tylko spojrzeć uczciwie na siebie.

To książka, która nie zostawia fajerwerków. Zostawia pytania. A te, jak wiadomo, lubią wracać w najmniej oczekiwanym momencie.

Jeśli lubicie historie spokojne, psychologiczne, takie, które delikatnie, ale konsekwentnie dotykają wnętrza - „Obietnica” może zostać z Wami na dłużej. Tak jak pewne słowa, których nie da się już cofnąć.

Czego nauczył mnie ten rok

Nie chcę robić podsumowań. Ten rok nie domyka się w liczbach ani w sukcesach. Zostawił we mnie coś innego - kilka myśli, które osiadły na dłużej. Nie krzyczą. Po prostu są.

Po pierwsze: nie wszystko muszę dźwigać sama. Przez długi czas myślałam, że siła polega na radzeniu sobie bez pomocy. Ten rok pokazał mi, że proszenie o wsparcie nie odbiera godności. Odbiera tylko ciężar.

Po drugie: mogę odpuścić, nie rezygnując z siebie. Nie każde „stop” jest porażką. Czasem to akt troski. Czasem jedyny sposób, żeby dalej iść bez ranienia samej siebie.

Po trzecie: cisza nie jest pustką. Nauczyłam się, że to w niej najwięcej się porządkuje. Że kiedy milkną cudze głosy, w końcu słychać własne serce.

I jeszcze jedno — chyba najważniejsze: Nie muszę wiedzieć, dokąd dokładnie idę, żeby zrobić następny krok. Wystarczy, że idę uczciwie. W swoim tempie. Z uważnością.

Ten rok mnie nie oszczędzał. Ale mnie nauczył. A to znaczy, że coś we mnie dojrzało.

Między świętami

Jest taki czas, który nie ma własnej nazwy. To czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Dni płyną wolniej, kalendarz na chwilę traci znaczenie, a świat jakby łapie oddech. Lubię ten moment. Bo niczego ode mnie nie chce. Nie trzeba się spieszyć. Nie trzeba niczego udowadniać. Nie trzeba planować kolejnych kroków. To czas „pomiędzy” - zawieszony, cichy, trochę rozmyty.

W tych dniach łatwiej usłyszeć siebie. Bez gwaru przygotowań, bez świątecznej presji, bez oczekiwań. Można wstać później. Zaparzyć herbatę bez powodu. Usiąść i nie mieć planu.

„Między” to moment, w którym serce samo porządkuje myśli. Nie na zasadzie list i postanowień, ale przez zwykłą obecność. Przez bycie. Przez zgodę na to, że nic nie musi się dziać.

Lubię ten czas, bo przypomina mi, że nie wszystko w życiu musi mieć etykietę. Nie każdy dzień musi być produktywny. Nie każdy moment musi prowadzić do czegoś więcej.

Czasem wystarczy złapać siebie. Sprawdzić, jak się mam. I pozwolić, żeby reszta chwilę poczekała. Bo właśnie w tym „pomiędzy” najłatwiej usłyszeć to, co naprawdę ważne.

Agentka wroga - Anna Rybakiewicz o odwadze, która nie zawsze wygląda bohatersko

Ta historia od początku miała w sobie ciężar. Nie taki sensacyjny, głośny, filmowy — raczej ten cichy, który siada w człowieku i nie pozwala czytać obojętnie. „Agentka wroga” Anny Rybakiewicz to opowieść o wojnie widzianej z bliska, bez patosu i bez łatwych ocen. Czytając, miałam wrażenie, że najważniejsze wydarzenia rozgrywają się nie w akcjach i rozkazach, ale w myślach bohaterki. W jej wahaniach, w strachu, w konieczności podejmowania decyzji, które nigdy nie są w pełni dobre. Bo jak wybrać, kiedy każda opcja coś odbiera?

Anna Rybakiewicz bardzo subtelnie pokazuje, że bohaterstwo nie zawsze polega na spektakularnych czynach. Czasem to przetrwanie kolejnego dnia. Czasem milczenie. Czasem zrobienie tego, co trzeba, nawet jeśli serce protestuje.

Poruszyło mnie to, jak autorka oddaje samotność człowieka uwikłanego w historię większą od siebie. Tę świadomość, że jeden fałszywy krok może kosztować wszystko. I że w takich warunkach nawet zaufanie staje się luksusem.

Po tej książce długo myślałam o tym, jak łatwo z bezpiecznej perspektywy oceniać cudze wybory. Jak prosto powiedzieć: ja bym zrobiła inaczej. A prawda jest taka, że dopiero sytuacja graniczna pokazuje, kim naprawdę jesteśmy.

„Agentka wroga” to powieść, która zostaje w środku. Nie epatuje dramatem, ale konsekwentnie przypomina, że wojna zabiera ludziom nie tylko życie - często odbiera im także prostotę wyborów. To lektura dla tych, którzy w książkach szukają nie tylko historii, ale i refleksji. Takiej, która wraca jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony.

Zadumana tuż przed świętami

Jest taki moment tuż przed świętami, który lubię najbardziej. Nie Wigilia jeszcze, nie świętowanie, nie rozmowy przy stole. Tylko chwila zawieszenia. W domu niby wszystko już prawie gotowe. Coś jeszcze trzeba poprawić, coś doprawić, coś odłożyć na później. Ale tempo nagle zwalnia. Jakby serce mówiło: „Już wystarczy. Teraz usiądź”.

Ten dzień ma w sobie ciszę innego rodzaju. Nie taką całkiem spokojną, ale taką, która zapowiada coś dobrego. Ciszę oczekiwania. Lubię ten moment, bo on niczego ode mnie nie chce. Nie każe się spieszyć, nie wymaga idealnych przygotowań. Jest jak głęboki wdech przed czymś ważnym. Jak pauza, w której można jeszcze raz sprawdzić, co naprawdę ma znaczenie.

Tuż przed świętami łatwiej zobaczyć, że nie wszystko musi być dopięte. Że nie wszystko zależy ode mnie. Że czasem najlepszym przygotowaniem jest zatrzymanie się.

Dziś nie chcę już niczego poprawiać na siłę. Chcę pobyć w tym „prawie”. W niedoskonałości. W cichym oczekiwaniu, które nie jest puste — tylko pełne obietnicy.

Bo święta i tak przyjdą. A ja chcę wejść w nie nie zmęczona perfekcją, ale gotowa obecnością.

Ostatnia marionetka - Andreas Ek o tym, jak łatwo stać się czyjąś zabawką

Są thrillery, które wciągają powoli. Są takie, które trzymają tempo od pierwszej sceny. A potem są książki Andresa Eka - czyli takie, które od razu zakładają czytelnikowi pętlę napięcia na szyję i delikatnie zaciągają sznureczek przy każdym kolejnym rozdziale.

„Ostatnia marionetka” to historia mroczna, duszna, i dość niepokojąca, bo dotyka tego, czego najbardziej nie lubimy: świadomości, że ktoś może manipulować człowiekiem jak zabawką. Że może pociągnąć za właściwy sznurek i nagle nasze decyzje, lęki, a nawet reakcje przestają być takie własne, jak nam się wydawało.

Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że Ek doskonale rozumie ludzką psychikę. Wie, gdzie postawić cień, gdzie podkręcić atmosferę i gdzie wrzucić czytelnikowi bombę, której ten wcale się nie spodziewa. I robi to bez litości.

Co najbardziej mnie uderzyło?
To, jak zwyczajne postacie nagle wpadają w spiralę decyzji, na które w normalnym życiu nigdy by się nie zdobyły. Jak szybko strach potrafi przejąć kontrolę. Jak cienka jest granica między tym, jacy jesteśmy… a tym, jakimi możemy się stać, gdy ktoś zacznie nami grać. Ek nie daje wytchnienia. Każdy rozdział kończy się tak, że człowiek obiecuje sobie: „Dobrze, jeszcze tylko jedna strona.”

I wszyscy wiemy, jak to się kończy: nagle jest pierwsza w nocy, a Ty patrzysz na książkę z miną osoby, która właśnie zrozumiała, że rano będzie cierpieć. Ale warto. Bo „Ostatnia marionetka” to thriller inteligentny, konsekwentny, pełen napięcia i takich momentów, w których masz ochotę zamknąć książkę… tylko po to, by sekundę później otworzyć ją z powrotem, bo musisz wiedzieć, co dalej.

I jest jeszcze coś. Po lekturze miałam to dziwne uczucie, jakbym sama była jedną z tych tytułowych marionetek, a Ek - autor o anielskiej twarzy i demonicznym wyczuciu suspensu - pociągał za sznurki mojego wieczoru. Jeśli lubicie thrillery, które nie tylko trzymają w napięciu, ale pozwalają zajrzeć głębiej w manipulację, kontrolę i ciemniejsze zakamarki psychiki - to będzie bardzo dobry wybór. Tylko ostrzegam: spokój zostawcie na później.

Zadumany wpis na dziś o tym, że czasem świecimy tak jasno, że innych boli wzrok

Zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć, że „za bardzo się staram”. No wyobraź sobie. Człowiek robi robotę z serca, chce żeby dzieciaki miały fajny dzień, żeby papiery nie wołały o pomstę do nieba… a tu łup - spojrzenia spod brwi, komentarze typu: „Po co tyle robisz?” i to słynne: „Ty nam poprzeczkę podnosisz”. No więc tak sobie siedziałam ostatnio z herbatą i pomyślałam: czy naprawdę moją winą jest to, że nie umiem pracować byle jak? Jeśli już mam robić, to robię porządnie. Bo inaczej mnie swędzi sumienie. I kark. I wiesz co? Chyba już dorosłam do tego, żeby powiedzieć także całej reszcie świata, jeśli ma ochotę słuchać: To, że pracujesz z serca, nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynasz udawać, że tego serca nie masz, tylko po to, żeby komuś nie było głupio.


Nie będę przepraszać za to, że mi zależy. Za to, że lubię dawać z siebie więcej, bo inaczej czuję się jak telefon na 2% - niby jeszcze działa, ale to już nie jest życie. 
Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś, komu przeszkadza czyjś entuzjazm. Ludzi boli nie to, że robisz coś dobrze. Ich boli to, że przypominasz im, że oni też mogliby… ale im się nie chce. I to nie jest Twój ciężar.

A jeśli jesteś w podobnej sytuacji, to powiem Ci coś z pełną czułością i odrobiną świętego humoru: Świeć dalej. A jak ktoś zasłania oczy, to jego problem, nie Twój. Twoje dobre serce nie jest konkurencją - ono jest świadectwem. I pamiętaj: kiedy robisz to, do czego jesteś powołana, nikt nie ma prawa kazać Ci się zmniejszać.

A na koniec jeszcze jedno, takie moje, z wczorajszego spaceru: „Kto pracuje z serca, ten zawsze wygląda na winnego - ale tylko w oczach tych, którzy dawno serce wyłączyli.” Trzymaj się ciepło. I rób swoje. Bo naprawdę robisz dobrze.

Największy lęk — Linwood Barclay, czyli jak autor postanowił sprawdzić, czego tak naprawdę się boimy

Są książki, które wprowadzają człowieka w delikatny niepokój. Są też takie, które po prostu wchodzą z butami w Twój wieczór i mówią: „To teraz porozmawiamy o Twoich lękach, dobrze?” Linwood Barclay w „Największym lęku” robi dokładnie to drugie. Na początku wszystko wygląda normalnie: rodzina, codzienność, zwykłe drobiazgi. To ten rodzaj pozornego spokoju, w którym czytelnik siedzi wygodnie i myśli, że już nic go nie zaskoczy. Ha. Barclay tylko na to czeka.

Kiedy fabuła rusza, rusza tak, jakby ktoś nagle odciął linę bezpieczeństwa. Bohaterowie trafiają w sytuacje, w których nikt z nas nie chciałby się znaleźć bo tu nie chodzi o potwory, kosmitów czy duchy. Tu chodzi o coś znacznie gorszego: lęki, które mamy wszyscy. Utrata bliskich. Brak kontroli. Poczucie, że coś złego dzieje się tuż obok, a my nie widzimy jeszcze pełnego obrazu. I w tym Barclay jest świetny. Nie straszy fajerwerkami. Straszy codziennością.

W trakcie lektury parę razy złapałam się na tym, że przerywam, bo muszę „na szybko” sprawdzić okna. I chociaż dobrze wiedziałam, że nic tam nie ma, wyobraźnia już pracowała na pełnych obrotach.

Co u Barclaya lubię najbardziej?
To, że nie traktuje czytelnika jak kogoś, komu trzeba wszystko wyjaśnić. Zostawia miejsce na domysły, na niepewność, na to irytujące „ale jak to?!” po każdym większym zwrocie akcji. A zwroty są. I to takie, które człowiek czyta dwa razy, bo pierwszym razem nie wierzy w to, co właśnie zobaczył.

„Największy lęk” to thriller, który nie tylko wciąga, ale też zostawia coś po sobie. Coś, co siedzi w środku jeszcze długo po zamknięciu książki. Coś, co każe się zastanowić, jak cienka jest granica między porządkiem a chaosem i jak łatwo można tę granicę przekroczyć jednym nagłym wydarzeniem. Jest adrenalina. Jest niepokój. Jest ten dziwny moment, kiedy czytasz i myślisz: „Okej, teraz to już na pewno wszystko rozumiem”… a Barclay właśnie wtedy postanawia udowodnić, że jednak nie.

Czy polecam? Oczywiście. Tylko nie czytajcie przed snem - chyba że lubicie, kiedy Wam myśli biegają dalej, mimo że oczy już chcą spać.

Nie idealne święta, tylko prawdziwe

Co roku obiecuję sobie, że tym razem przygotuję wszystko wcześniej. Że dom będzie lśnił, potrawy wyjdą jak z rodzinnego albumu, a ja będę siedzieć zadowolona przy choince, popijając herbatę jak bohaterka reklamy. I co roku… wychodzi inaczej. Kiedyś mnie to męczyło. Myślałam, że to świadczy o mojej nieudolności, braku ogarnięcia, o tym, że „wszyscy inni” mają lepszą rękę do świąt. Tylko im dłużej żyję, tym bardziej widzę, że idealne święta nie istnieją. Istnieją tylko prawdziwe, a te rzadko wyglądają jak na obrazkach.

Prawdziwe święta czasem pachną chaosem. Czasem zmęczeniem. Czasem niedokończonym sprzątaniem, które musiało poczekać, bo życie akurat wróciło z kolejną niespodzianką.

Prawdziwe święta mają w sobie ciszę - nie tę wymuszoną, ale tę, która przychodzi po całym tym zamieszaniu. Tę, kiedy siadasz na chwilę i czujesz, że choć wiele rzeczy nie wyszło, to jednak najważniejsze się wydarzyło: tylko tu jesteś.

Prawdziwe święta mogą być zwykłe. Bez wyprasowanych obrusów i miliona potraw. Bez biegania na złamanie karku i robienia z siebie siłaczki, która „musi” wszystko ogarnąć. Czasem najpiękniej jest wtedy, gdy odpuścisz. Gdy zamiast polerować idealny obrazek, wybierzesz obecność. Bo tak naprawdę nie chodzi o to, żeby wszystko błyszczało. Chodzi o to, żeby serce nie zgasło.

Święta nie muszą być doskonałe. Mają być prawdziwe: ciche, zwykłe, takie, w których jest miejsce na oddech, słowo, modlitwę, uśmiech, prostą radość. A jeśli w tle zostanie trochę bałaganu - trudno.
Bóg nie przychodzi do perfekcji. Bóg przychodzi do człowieka. I może właśnie dlatego najprostsze święta są najbliżej sensu.

Kłamstwa mojej żony — Dorota Galica o tym gdy w związku coś zaczyna skrzypieć… a człowiek udaje, że to tylko podłoga

Pierwsze strony czytałam z poczuciem, że wszystko tu jest… normalne. Dom, relacja, codzienność, te małe niedopowiedzenia, które łatwo zignorować. Ale gdzieś między zdaniami zaczyna się pojawiać to charakterystyczne napięcie - takie, które czujesz w brzuchu, zanim jeszcze ktoś głośno powie, że coś jest nie tak. W „Kłamstwach mojej żony” najciekawsze jest właśnie to narastające poczucie niepewności. Ten moment, kiedy zaczynasz patrzeć na bohaterów i myśleć: „Uważaj. Tu się coś nie zgadza.” 

Galica świetnie oddaje dynamikę związku, który powoli się rozsypuje. Nie przez wielki wybuch, ale przez drobiazgi. Jedno spojrzenie w telefon za długo. Jedna wymijająca odpowiedź. Jedno zbyt szybkie „nie pamiętam”. Tak właśnie rodzi się pęknięcie, które później trudno zatrzymać.

To, co naprawdę trzyma w tej historii, to emocje. Surowe, prawdziwe, czasem niewygodne. Autorka nie robi z bohaterów papierowych figurek - oni się miotają, próbują, kłamią, bronią się, ranią siebie nawzajem i siebie samych. A my siedzimy obok i czujemy, jak wszystko zaczyna się sypać.

Im bliżej finału, tym mocniej widać, że tytuł nie jest tylko efektowny - jest trafny. Kłamstwa tu mają różne odcienie. Duże, małe, powiedziane „dla świętego spokoju” i te wypowiedziane z pełną świadomością. I wszystkie zostawiają ślad.

Po skończeniu tej książki miałam wrażenie, że przeszłam z bohaterem jakąś emocjonalną drogę. Że musiał zmierzyć się nie tylko z sekretem żony, ale też z własną bezradnością wobec tego, co dzieje się za drzwiami domu. I w tym tkwi siła tej powieści - w pytaniu, które zostaje długo po odłożeniu książki na półkę: czy naprawdę da się znać drugiego człowieka do końca?

„Kłamstwa mojej żony” to historia, która nie krzyczy dramatem, ale mocno działa tam, gdzie czytelnika najbardziej boli, w tym cichym miejscu, gdzie gromadzimy własne lęki i niewypowiedziane myśli.

Czy polecam? Tak. Ale przygotuj się na to, że ta książka dotyka spraw, o których często wolimy milczeć.

Porządki w domu, porządki w sercu

Co roku, zanim zacznie się świąteczne zamieszanie, łapię się na tym samym: najpierw chcę ogarnąć dom. Szafki, szuflady, zakamarki, w których odkłada się nie tylko kurz, ale i to, na co nie miałam czasu, sił albo odwagi. I zawsze - absolutnie zawsze - kończy się tak samo: porządkuję dużo więcej niż rzeczy. Bo w sprzątaniu jest coś oczyszczającego. Coś, co delikatnie wycisza chaos w głowie.

Kiedy wyrzucam to, co już niepotrzebne, nagle robi się więcej miejsca. Nie tylko na półkach, ale też we mnie. Jakby każda posprzątana przestrzeń mówiła: „Zostaw to, co cię męczy. Puść to, co ciągle nosisz”. I naprawdę coś w tym jest. Czasem najmocniej czuję uporządkowanie serca właśnie wtedy, gdy składam ręczniki, układam książki, myję podłogę.

W tych zwykłych czynnościach, w tym powtarzalnym ruchu pojawia się spokój, na który na co dzień nie mam przestrzeni. Sprzątanie nie rozwiązuje moich problemów, ale… zmienia mój sposób patrzenia na nie.

Zdarza się, że zatrzymam się nad jakąś starą rzeczą, zdjęciem, notatką i wraca myśl, którą trzeba było w końcu domknąć. Albo uczucie, które warto w końcu nazwać. Nagle widzę, że tak jak w domu, tak i wewnątrz: czasem trzeba wyciągnąć coś na światło, przetrzeć, przepracować, a czasem po prostu odłożyć na swoje miejsce.

Adwent sprzyja takim porządkom. Nie tylko zewnętrznym, ale tym bardziej - wewnętrznym. Na koniec dnia nie chodzi o idealny dom. Chodzi o to, żeby w sercu było dość przestrzeni, by mogło wejść światło. I może to jest właśnie sens tych drobnych przygotowań: żeby spokojniej oddychać, łatwiej odpuszczać, i z czystym, uporządkowanym środkiem wejść w czas, który ma w sobie tyle nadziei.

Osaczony — Simon Kernick czyli jak człowiek chciał tylko spokojny wieczór, a trafił w sam środek chaosu

Są takie książki, które otwierasz „na chwilę”, a zamykasz dopiero wtedy, gdy oczy pieką, herbata dawno wystygła, a Ty wiesz już, że jutrzejszy poranek będzie ciężki. „Osaczony” Simona Kernicka jest dokładnie takim tytułem. Thriller, który nie pyta, czy masz czas. On zakłada, że i tak go oddasz. Już od pierwszych stron czułam, że coś tu nie gra. Że bohater wpadł w tarapaty, których nawet Google Maps by nie pokazało. I że ja, chociaż siedzę na kanapie i nikt mnie nie goni, też zaczynam się czuć, jakbym była jednym z tych ludzi, którzy nagle dostają telefon, a po drugiej stronie ktoś mówi: „Nie rozłączaj się”.

Kernick ma talent do tego, by człowieka osaczyć nie tylko fabułą, ale i myślami. Bo kiedy bohater biega, ukrywa się i próbuje zrozumieć, kto i dlaczego tak bardzo chce go dorwać, czytelnik zaczyna zadawać sobie te wszystkie niepokojące pytania: komu można zaufać? jak dobrze znamy ludzi obok nas? co zrobiłabym ja, gdybym nagle musiała uciekać?

Przyznam, że parę razy złapałam się na tym, że nasłuchuję dźwięków w mieszkaniu. A to tylko książka. Tylko - a może ?

Tempo w „Osaczonym” nie spada nawet na chwilę. Kernick nie daje czytelnikowi oddechu, a gdy już na moment zwalnia, to tylko po to, żeby za chwilę przywalić twistem, który człowiek czyta trzy razy, żeby upewnić się, czy na pewno widzi dobrze. To ten typ thrillera, gdzie bohater nie jest superbohaterem. Jest zwykłym człowiekiem. Przerażonym, zmęczonym, zdezorientowanym. I właśnie dlatego tak łatwo wejść w jego skórę. Kernick pokazuje, że czasem najgorsze decyzje podejmuje się nie dlatego, że się chce, ale dlatego, że już nie ma dobrych wyborów.

A ja? Ja lubię takie historie. Lubię ten dreszcz, to poczucie niepokoju, te kilka sekund po zamknięciu książki, kiedy siedzę w ciszy i myślę: „No pięknie, kobieto. Chciałaś tylko odpocząć, a zafundowałaś sobie skok adrenaliny”. I wiecie co? Wcale nie żałuję.

Jeśli szukacie thrillera, który Was wciągnie, potrząśnie i nie wypuści aż do końca - „Osaczony” to dobry wybór. Choć ostrzegam: spokojny wieczór to to nie będzie.




Nie muszę być silna cały czas

Przez wiele lat wydawało mi się, że siła to obowiązek. Że mam się trzymać, uśmiechać, działać, podnosić po każdym upadku jakby nigdy nic. Że moja wartość zależy od tego, jak dobrze potrafię ukryć zmęczenie. A potem życie zaczęło mnie uczyć czegoś innego. Zaczęło pokazywać, że siła bez odpoczynku boli. Że udawanie prędzej czy później pęka. Że w środku może być cicho, ale wcale nie spokojnie.

Zrozumiałam, że nie muszę być silna cały czas. Że mogę usiąść. Mogę się zatrzymać. Mogę przyznać: „Jest mi trudno”. I to wcale nie odbiera mi wartości - przeciwnie, daje mi przestrzeń, by być prawdziwą. Siła bez łagodności staje się twardością. A ja nie chcę twardnieć. Chcę dojrzewać. Siła to także umiejętność poproszenia o pomoc. Zadbania o siebie. Zgody na to, że nie wszystko ogarnę, nie wszystko zrobię, nie wszystko udźwignę.

Najpiękniej czuję to wtedy, kiedy pozwalam sobie na słabość. Na odpoczynek. Na dzień, który nie jest produktywny. Na myśl: „Mogę odpuścić”. Bo prawda jest taka, że świat nie zawali się od mojej jednej przerwy. A ja - jeśli jej nie zrobię - mogę zawalić się sama.

Dlatego dzisiaj wybieram inną siłę. Tę, która jest cicha. Prawdziwa. Łagodna. I która nie wymaga ode mnie bycia bohaterką każdego dnia.

Biuro przesyłek niedoręczonych — Natasza Socha o listach, które czekają… i o ludziach, którzy czasem czekają jeszcze dłużej

Czytając tę powieść, miałam wrażenie, że ktoś otworzył przede mną małe, literackie pudełko pełne ludzkich historii. Nie zawsze idealnych, nie zawsze prostych, ale prawdziwych. I nagle okazało się, że te wszystkie listy - te niedoręczone, zapomniane, odłożone na później - mają w sobie więcej życia niż niejeden świadomie napisany SMS.

Natasza Socha świetnie pokazuje, jak jedno niepozorne miejsce może stać się punktem, w którym zbierają się czyjeś niespełnione pragnienia i nieodpowiedziane pytania. „Biuro przesyłek niedoręczonych” to nie tylko świąteczne dekoracje i klimat grudnia. To ludzie, którzy zgubili drogę do siebie. To słowa, które nie znalazły odbiorcy na czas. To emocje, o których często mówimy dopiero wtedy, gdy już trochę za późno.

Czytając, łapałam się na tym, że kibicuję bohaterom jak własnym znajomym. Że chcę, by w końcu coś im się udało, by jedno z tych symbolicznych „niedoręczeń” zamieniło się w odpowiedź, przeprosiny, przytulenie albo choćby w uśmiech, który potrafi uratować dzień.

Ale najbardziej spodobało mi się to, że Socha nie robi z tej historii cukrowej bombki. Humor i ciepło są, ale jest też prawda — taka, którą łatwo przeoczyć między zdaniami: czasem to my sami jesteśmy nadawcą i adresatem własnych niewysłanych słów.

Po skończeniu tej książki miałam ochotę otworzyć szufladę, wyciągnąć stare listy, bilety, zapiski… i zobaczyć, czy przypadkiem jakieś moje „niedoręczone” sprawy nie proszą o trochę światła.

„Biuro przesyłek niedoręczonych” to opowieść, która otula, ale też lekko szturcha - tak, żeby człowiek zastanowił się, komu chciał kiedyś coś powiedzieć, a jednak nie powiedział. I może właśnie dlatego zostaje na dłużej. Bo każdy z nas ma jakiś list, który nigdy nie dotarł tam, gdzie miał dotrzeć - dosłownie albo całkiem symbolicznie.

„Kiedy życie się rozpada… co zostaje?”

Są w życiu takie momenty, kiedy wszystko, co znaliśmy, nagle przestaje istnieć. Plany pękają jak szkło. Relacje, które miały być na zawsze, znikają szybciej, niż jesteśmy w stanie to zrozumieć. Dom, bezpieczeństwo, codzienność - wszystko rozpada się na kawałki. I człowiek stoi pośrodku tego bałaganu, z pustymi rękami, z sercem w rozsypce, i nie wie nawet, od czego zacząć. Kiedyś myślałam, że takie momenty są końcem. Dziś wiem, że to początek. Tylko trzeba go przeżyć całą sobą - bez udawania, bez dorabiania teorii, że „tak miało być”.

Rozpad nie jest lekcją, nie jest nagrodą ani karą. Jest faktem i dopiero kiedy przestaniemy z nim walczyć, zaczyna się coś nowego.

Bo najdziwniejsze jest to, że kiedy życie się rozpada, zostaje to, co prawdziwe. To, co nie było oparte na cudzych oczekiwaniach. To, co nie było zbudowane ze strachu. To, czego nie zabierze żadna zdrada, żaden kryzys, żadne „od teraz już nie”.

Zostaje siła, o której nie miałyśmy pojęcia. Zostaje spokój, który przychodzi dopiero wtedy, gdy przestajemy gonić za tym, co nas rani. Zostaje godność. Zostają ludzie, którzy pojawiają się nie dlatego, że muszą - ale dlatego, że chcą. Zostaje wiara, choć często drży. I zostajesz Ty - inna niż kiedyś, ale prawdziwsza niż kiedykolwiek.

Odbudowywanie siebie nie polega na wracaniu do dawnej wersji życia. To niemożliwe. I dobrze. Bo ta dawna wersja często nie była dobra dla naszego serca.

Odbudowywanie siebie to wybieranie - dzień po dniu - tego, co daje życie, a nie zabiera. To małe decyzje: wstać, zjeść śniadanie, iść do pracy, napisać wiadomość, zadzwonić, zapalić świecę, wyjść na spacer. To spokojne układanie siebie od nowa, bez presji, że musi być szybko i pięknie.

A potem, któregoś dnia, patrzymy na swoje życie i widzimy, że choć wygląda inaczej, to… oddycha. Jest nasze. Jest prawdziwe. I wcale nie musiało być idealne, żeby mogło być dobre.

Bo kiedy życie się rozpada, zostaje nadzieja. Cicha. Uparta. Silniejsza, niż się spodziewałyśmy.

Moje adwentowe „stop”

Adwent zawsze przynosi mi jedną ważną rzecz: umiejętność zatrzymania się. Nie wielkie postanowienia, nie listy zadań, nie wyścig z czasem. Tylko jedno, ciche „stop”. I w tym roku wyjątkowo mocno to czuję.

Stop pośpiechowi.

Tyle rzeczy chce mnie gonić. Praca, domowe obowiązki, oczekiwania innych i te, które sama sobie dokładam. A Adwent przypomina mi, że nie wszystko musi być „na już”. Nie muszę zdążyć z całą resztą świata. Mogę stanąć. Wziąć oddech. Zgodzić się na rytm, który jest mój, nie cudzy.

Stop porównywaniu.

Święta mają w sobie tak dużo obrazków, że łatwo uwierzyć, że „wszyscy inni” mają lepiej, piękniej, spokojniej. A ja - jak zwykle po swojemu. Adwent uczy mnie, że nie muszę nadążać za niczyją wizją idealnego życia. Wystarczy, że będę wierna swojej drodze. Choćby była skromna, cicha i zwyczajna.

Stop głośnym myślom.

Tym, które wyciągają stare lęki. Tym, które podpowiadają, że za mało robię, za mało jestem, nie pasuję, nie nadążam. W Adwencie gaszę je jedną świecą. Małym płomieniem. Ciszą, którą w końcu dopuszczam do głosu.

Stop udawaniu, że wszystko gra.

Bo nie zawsze gra. I nie musi. Adwent jest czasem czekania, a czekanie często bywa niewygodne. Ale to właśnie tam, w tej niewygodzie, rodzi się coś dobrego. Coś prawdziwego. Coś, co ma sens.

To jest moje tegoroczne „stop”. Proste, spokojne, potrzebne. Chcę je nieść przez kolejne dni, powoli zapalając następne świece i dając sobie czas, którego tak długo sobie odmawiałam. Bo zanim przyjdzie światło, muszę nauczyć się nie biec za nim tylko pozwolić mu do mnie dojść. W swoim tempie. W swoim rytmie. W ciszy, która leczy.

W Paprotnikach podobno rosną tajemnice… ja znalazłam jedną więcej

Zatrzymałam się. Zamykam ostatnią stronę „Paprotników” i czuję - z jednej strony ulgę, że mnie nie znają w tej wsi, z drugiej - lekkie ukłucie: a co by było, gdyby to o mnie ktoś zaczął drążyć mroczne tajemnice… „Paprotniki” to kryminał - i to solidny - z morderstwem sprzed lat, rodzinną tajemnicą, której nikt tak do końca nie chciał poznać, i z dziennikarską bohaterką, która mimo traumy, wraca, żeby wydobyć prawdę. Ale to też coś więcej. To opowieść o przeszłości, która nigdy tak naprawdę nie odchodzi. O bliznach - dusznych, kłębiących się w pamięci i o ludziach, którzy po latach mogą odkryć, że nie uciekli od tego, co wydarzyło się kiedyś. 

„Paprotniki” to nie jest tylko kolejne mroczne zbrodnie-kto-zabił. To także, moim zdaniem, opowieść o cieniu, który pada na całe życie, o strachu, który bywa toksyczny, o rodzinnych sekretach, o zacieraniu śladów, a potem o tym, jak bolesna i czasem wyzwalająca bywa decyzja, by odkurzyć przeszłość. To zapach ziemi po deszczu, stare śmieci w piwnicy, zamknięte szkatułki i pytania, które od lat były ignorowane, a teraz wróciły jak powódź. I choć czasem fabuła idzie na skróty albo próbuje zmieścić za dużo, to co z tego, jeśli dzięki temu czujesz, że ta historia „żyje”? Jeśli boisz się spojrzeć w ciemność, a mimo to czytasz dalej, bo chcesz wiedzieć.

Moje myśli przy wyłączonym świetle

Zastanawiam się, ile ludzi w realnym życiu nosi takie „Paprotniki” w sobie - małe miasteczka pamięci, nieme krzyki, zamiecone pod dywan stare grzechy. A co by było, gdyby ktoś postanowił wziąć długopis, lampę i odkurzyć stare archiwa, zapiski, rozmowy… I czy wszyscy by się zgodzili, żeby prawda ujrzała światło dzienne. Ale może czasami warto. Bo prawda ma w sobie jakiś rodzaj ulgi. Czasem to właśnie ona jest tym jedynym kluczem do przetrwania.

A jeśli kiedyś poczujecie, że potrzebujecie przeczytać coś, co nie pozwoli wam spokojnie spać - „Paprotniki” mogą być idealne. Tak, z tym całym dreszczem, trudem i świstem powietrza przecinanego przez zapach starej ziemi i zamkniętych drzwi.

Jesień we mnie

Są takie dni, kiedy patrzę przez okno i widzę siebie w tej porze roku. W kolorach, które powoli gasną. W liściach, które już nie trzymają się gałęzi tak mocno jak latem. W wietrze, który przestawia wszystko po swojemu. To chyba dlatego jesień zawsze była mi najbliższa. Bo jest w niej coś z dojrzewania i coś z puszczania. Coś z kończenia i coś z zaczynania. Coś, co tak bardzo pasuje do mojego wnętrza.

Bywają we mnie dni pełne światła - jak te słoneczne, złote poranki, kiedy człowiek łapie nadzieję nawet nie wiedząc skąd. Ale są też dni szare, wilgotne, ciężkie. Dni, w których chciałabym owijać się w ciepły sweter nie tylko z zimna, ale i z potrzeby schowania uczuć.

Jesień we mnie to zgoda na zmianę. Na to, że nie zawsze będę kwitła. Że czasem muszę opaść, zatrzymać się, pobyć bliżej ziemi. Że potrzebuję ciszy tak samo jak potrzebuję światła.

To też czas przeglądania tego, co niosę: co jest jeszcze moje, co już mi ciąży, co powinnam zostawić, żeby móc pójść dalej.

Tak jak drzewa nie żałują liści — ja uczę się nie żałować tego, co musiało odejść. Nie dlatego, że było złe, ale dlatego, że już nie służyło. Jesień nie pyta, czy jesteśmy gotowi. Jesień po prostu przychodzi.
I zabiera tylko to, co niepotrzebne.

Jesień we mnie jest cicha, ale nie smutna. Jest dojrzewaniem, nie końcem. Jest przygotowaniem na nowy początek, którego jeszcze nie widać, ale który — jak wiem z doświadczenia — zawsze nadchodzi. Bo nawet po najdłuższej, najciemniejszej jesieni… w końcu wraca światło.

Zagadki i zbrodnie w "Serii z trupem" Iwony Banach - świetny wybór na jesienne wieczory

Jesienne wieczory mają w sobie coś magicznego. Gdy za oknem ciemno, człowiek szuka historii, które otulą jak miękki koc, ale jednocześnie nie pozwolą zasnąć. I właśnie wtedy w moje ręce wpada Seria z trupem Iwony Banach. Kryminał, który absolutnie nie udaje, że jest śmiertelnie poważny, choć trupów tam nie brakuje.

To ten typ książek, przy których parska się śmiechem nad kubkiem herbaty, po czym za chwilę zastanawia, kto tu właściwie miesza, knuje i dlaczego wszyscy mieszkańcy miasteczka zachowują się tak, jakby każdy mógł mieć coś na sumieniu. Banach ma talent do tworzenia postaci, które są tak realne, że chciałoby się z nimi usiąść przy stole - choć przy ich skłonności do pakowania się w kłopoty pewnie skończyłabym w środku dochodzenia.

Nie ma tu mroku, który przytłacza. Jest za to ciepło, inteligentny humor i zagadka, która trzyma w lekkim napięciu, ale nie odbiera tchu. Taki kryminał-przyjaciel. Do poczytania po pracy, do schowania się przed listopadem, do uśmiechnięcia się pod nosem, gdy autorka znów wrzuca bohaterów w sytuację kompletnie absurdalną, a jednak… tak bardzo pasującą.

Jeśli tej jesieni potrzebujesz historii, która wciągnie Cię jak dobry serial, rozbawi i pozwoli odetchnąć od codzienności - Seria z trupem będzie jak znalezienie czekolady w szufladzie wtedy, gdy myślałaś, że już nic nie zostało. Ciepła, lekka i idealna do czytania, gdy za oknem szaro.

Zostawić po sobie światło

Listopad się skończył. Ten miesiąc zawsze jest dla mnie jak długi, głęboki oddech - trochę chłodny, trochę mglisty, ale konieczny, żeby zobaczyć wyraźniej to, co w środku. Kiedy patrzę na mijające dni, myślę o czymś, co wraca do mnie jak refren: o zostawianiu po sobie światła. Nie zawsze trzeba robić wielkie rzeczy. Nie trzeba głośnych słów, idealnych planów, spektakularnych zmian. Czasem wystarczy zwyczajne dobro - takie, które mieści się w jednej wiadomości wysłanej „bo pomyślałam o Tobie”, w uśmiechu podanym obcej osobie, w odłożeniu telefonu, żeby naprawdę posłuchać.

Światło to małe gesty, które rozjaśniają komuś dzień, choć nawet o tym nie wiemy. To ciepłe spojrzenie. Krótka modlitwa za kogoś. Kupa śmiechu w wiadomościach o późnej porze. I to zdanie: „Dasz radę”, które potrafi podnieść bardziej niż niejedna motywacyjna książka.

Czasem myślę, że choć zmieniłam miejsce, zmieniłam życie, a część mojego świata rozsypała się po drodze, to jedno mogę zabrać wszędzie: światło. To, które dźwigałam nawet wtedy, gdy nie miałam siły go trzymać. To, które ktoś kiedyś zapalił we mnie i dzięki temu mogę dziś zapalać je dalej.

Bo miejsce się zmienia. Widoki się zmieniają. Ludzie obok się zmieniają. Ale serce, które pamięta o drugim człowieku, świeci tak samo - w małym mieszkaniu, w bloku, w innym mieście, w innym życiu.

I może właśnie o to chodzi na koniec listopada. Nie o to, żeby zamykać kalendarz z poczuciem, że „zrobiłam wszystko”. Ale żeby zostawić w czyimś dniu mały promyk - taki, który rozświetli choć odrobinkę ten mrok, który o tej porze roku lubi się przysiąść na ramieniu.

Bo świat nie potrzebuje wielkich świateł. Potrzebuje wielu małych. Cichych. Codziennych. Ludzkich. I jeśli choć jednej osobie zrobi się dziś jaśniej - to znaczy, że zrobiłam dokładnie tyle, ile trzeba.