Codziennik Zadumanej #71 - Sztuka kamuflażu
Zaczynam podejrzewać, że Hektor prowadzi jakieś tajne szkolenia z zakresu przetrwania, kamuflażu i doprowadzania właścicielki do obłędu. Wczoraj opowiadałam Wam o jego nocnych wyczynach, potem o problemach sercowych z Bubu, a dzisiaj mój rudy terrorysta postanowił udowodnić, że potrafi również znikać bez śladu. I to w mieszkaniu, w którym mieszka od lat! Ale po kolei, bo historia zaczęła się całkiem niewinnie, jak zresztą większość moich domowych katastrof.
Postanowiłam wyciągnąć z walizki moje ukochane miśki, czyli te wszystkie mięciutkie, sztuczne futerka, które uwielbiam nosić. Właśnie nadszedł ich czas, bo jesienią sprawdzają się znakomicie, natomiast zimą, kiedy mróz zaczyna szczypać w nos, nadają się już raczej do podziwiania w szafie niż do wychodzenia na dwór. Wyjęłam więc walizkę, otworzyłam ją, zaczęłam przeglądać zawartość i wtedy wydarzyło się coś zupełnie typowego dla mojego mózgu z ADHD. Przypomniałam sobie, że muszę coś zrobić w kuchni. Co dokładnie? Nie mam pojęcia. Zapewne było to w tamtej chwili zadanie absolutnie niecierpiące zwłoki, skoro porzuciłam całą operację futerkową i udałam się w zupełnie innym kierunku. Walizka została otwarta, miśki rozgrzebane, a ja płynnie przeszłam do kolejnych obowiązków, jakby tak właśnie wyglądał pierwotny plan działania.
Czas mijał, aż wreszcie nadeszła pora kolacji dla mojego futrzastego towarzystwa. Rozpoczęłam przygotowania do wieczornego karmienia, czyli obsługi restauracji, w której każdy klient ma własne wymagania, a szef kuchni nie ma prawa do reklamacji. I nagle zauważyłam, że brakuje Hektora. Zawołałam raz, drugi, trzeci. Cisza. Sprawdziłam jego ulubione miejsca, zajrzałam do pokojów, pod meble, za meble, nawet tam, gdzie normalny kot nie miałby najmniejszego powodu się znajdować. Ale po latach mieszkania z Hektorem wiem, że normalność nie jest kategorią, którą należy się kierować podczas poszukiwań.
W pewnym momencie zaczęłam już podejrzewać, że ten łobuz znalazł jakiś tajny portal prowadzący do innego wymiaru. Przecież kot nie może tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu! Wołam, chodzę, zaglądam, a jego nie ma. I wtedy moje spojrzenie padło na walizkę.
Proszę Państwa, oto on. Hektor we własnej osobie, perfekcyjnie wkomponowany w stertę sztucznych futerek, z miną człowieka, któremu właśnie przerwano zasłużony urlop w pięciogwiazdkowym hotelu. Rudy wśród rudych miśków! Leżał sobie wygodnie, cieplutko, mięciutko, najwyraźniej zachwycony nowym apartamentem. Ja przez kilkanaście minut prowadziłam akcję poszukiwawczą, a on prawdopodobnie obserwował całe zamieszanie i zastanawiał się, dlaczego jego osobista kelnerka zamiast podawać kolację, urządza sobie wieczorne spacery po mieszkaniu.
Przyznam, że kiedy go zobaczyłam, najpierw poczułam ogromną ulgę, a potem zaczęłam się śmiać. Bo trzeba mieć naprawdę wyjątkowy talent, żeby schować się w walizce pełnej futerek i wyglądać jak jeden z elementów jesiennej garderoby. Jeszcze chwila, a mogłabym go niechcący odwiesić do szafy i odkryć dopiero przy okazji następnej zmiany sezonu. Chociaż znając Hektora, już po pięciu minutach zażądałby otwarcia garderoby i dostarczenia sosiku do apartamentu.
Cała ta historia uświadomiła mi jednak coś jeszcze. Czasami tak bardzo jesteśmy zajęci szukaniem, sprawdzaniem i kontrolowaniem wszystkiego, że nie zauważamy tego, co mamy niemal przed nosem. Biegamy od jednego obowiązku do drugiego, w głowie układamy kolejne plany, a życie tymczasem urządza nam małe przedstawienia, z których warto się po prostu pośmiać. I może właśnie dlatego dobrze jest od czasu do czasu odpuścić sobie tę nieustanną potrzebę ogarniania wszystkiego. Nie każda otwarta walizka musi zostać natychmiast zamknięta, nie każde zadanie wykonane zgodnie z planem, a niektóre niespodzianki okazują się całkiem przyjemne.
Choć w moim przypadku z tej historii płynie jeszcze jedna, bardzo praktyczna nauka: zanim rozpocznę poszukiwania zaginionego kota, powinnam sprawdzić, co ostatnio zostawiłam otwarte. Przy moim ADHD i Hektorowym zamiłowaniu do luksusu lista potencjalnych kryjówek może być naprawdę długa.
A walizka? Nadal stoi. Hektor uznał ją za swoją własność, a ja zastanawiam się, czy przypadkiem nie powinnam zacząć pobierać od niego opłaty za przechowywanie. W końcu skoro on od miesięcy rujnuje mój budżet na saszetkach z sosikiem, to może najwyższy czas, żeby zaczął dokładać się do domowych wydatków. Chociaż znając życie, rachunek wystawi mi on. Za zakłócanie wypoczynku. 😁

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)