Codziennik Zadumanej Codziennie mijam setki ludzi, których nigdy nie poznałam

Listopad ma w sobie coś szczególnego. Jeszcze niedawno zachwycałam się kolorowymi liśćmi, jesiennym słońcem i tym, jak pięknie świat wygląda w październiku, a teraz przyszła pora na trochę inne spacery. Od kilku dni odwiedzamy cmentarze, zapalamy znicze, przynosimy kwiaty i wspominamy tych, których już z nami nie ma. I chociaż listopad wielu osobom kojarzy się ze smutkiem, ja coraz częściej dostrzegam w nim coś bardzo dobrego. Pamięć, wdzięczność i taką szczególną bliskość z ludźmi, którzy kiedyś byli częścią naszego życia.

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Zaduszny, czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych. W kościołach rozpoczął się czas szczególnej modlitwy za zmarłych, a przez cały listopad odczytywane są wypominki. Właśnie tak fachowo nazywa się tę piękną tradycję wymieniania imion i nazwisk osób, za które się modlimy. Lubię ją, bo przypomina mi, że za każdym wypowiedzianym imieniem kryje się czyjeś życie. Ktoś kiedyś wstawał rano do pracy, robił zakupy, martwił się o dzieci, miał swoje plany, marzenia, ulubione miejsca i ludzi, których kochał. A dzisiaj ktoś inny wypowiada jego imię podczas modlitwy. I w tym jest coś niezwykle poruszającego, ale jednocześnie pełnego nadziei.

Z cmentarzami mam zresztą dość szczególną historię. Kiedy chodziłam do siódmej i ósmej klasy szkoły podstawowej, moja najkrótsza droga do szkoły prowadziła właśnie przez cmentarz. Wtedy oczywiście nie zastanawiałam się nad tym specjalnie. Człowiek miał ważniejsze sprawy na głowie, chociażby to, czy zdąży na pierwszą lekcję i czy przypadkiem nie będzie pytany. Cmentarz był po prostu częścią codziennej trasy, podobnie jak chodnik, skrzyżowanie czy sklep po drodze.

Minęło kilkadziesiąt lat, zmieniło się niemal wszystko, a ja znowu chodzę do szkoły przez cmentarz. Tyle że teraz jestem po drugiej stronie biurka. Najwyraźniej los uznał, że skoro kiedyś ta droga dobrze sprawdzała się uczennicy, to nauczycielce również powinna odpowiadać. Nasza szkoła znajduje się tuż za cmentarnym ogrodzeniem, więc nawet kiedy wybieram inną trasę, i tak przynajmniej raz dziennie mijam cmentarz. Dzisiaj rano przeszłam przez niego, a wracając, szłam wzdłuż ogrodzenia. Zdjęcie, które dołączam do dzisiejszego wpisu, zrobiłam właśnie podczas tego spaceru.

Kiedyś przechodziłam obok nagrobków, nie poświęcając im większej uwagi. Dzisiaj coraz częściej zatrzymuję wzrok na imionach, nazwiskach, datach i fotografiach. Szczególnie na fotografiach. Bardzo podoba mi się zwyczaj umieszczania na nagrobkach zdjęć osób zmarłych. I przyznam, że najbardziej przemawiają do mnie te fotografie, na których człowiek jest jeszcze stosunkowo młody, pełen życia, taki, jakim być może zapamiętali go najbliżsi. Nie chodzi o to, żeby ukrywać starość czy ostatnie lata życia. Po prostu lubię zobaczyć twarz, uśmiech, spojrzenie, coś, co pozwala wyobrazić sobie człowieka, zanim jego historia została zamknięta pomiędzy dwiema datami.

Bo kiedy patrzę na taki nagrobek, przestaję widzieć sam kamień. Widzę osobę. Kobietę, która być może uwielbiała gotować i miała własny sposób na najlepszy rosół. Mężczyznę, który codziennie rano wychodził do pracy i wracał do domu, gdzie ktoś na niego czekał. Mamę, tatę, babcię, dziadka, czyjąś wielką miłość albo przyjaciela, z którym można było rozmawiać godzinami. Oczywiście nie znam ich historii i nie próbuję ich sobie dopowiadać. Uświadamiam sobie jedynie, jak wiele ludzkich losów kryje się w miejscu, które tak często mijamy w pośpiechu.

I właśnie dlatego tak bardzo spodobało mi się to, co zrobiła moja przyjaciółka. Na grobie swoich rodziców umieściła ich fotografie. Dzięki temu, kiedy ktoś zatrzyma się przy ich nagrobku, zobaczy również twarze ludzi, których wspomina. Pomyślałam sobie, że może warto porozmawiać z moją siostrą i poszukać zdjęć naszych bliskich, żeby również umieścić je na rodzinnych grobach. Coraz bardziej przekonuje mnie ten pomysł. Chciałabym, żeby ktoś, kto kiedyś zatrzyma się przy ich nazwiskach, mógł zobaczyć, jak wyglądali, kiedy żyli, uśmiechali się i byli obecni w naszej codzienności.

Wczoraj pisałam o moich dziadkach, Mariannie i Bernardzie, którzy wychowali mnie w Toruniu. Patrzyłam na ich ślubną fotografię i filiżankę z rodzinnego serwisu, myśląc o tym, ile im zawdzięczam. Dzisiaj, przechodząc między nagrobkami, wróciłam do podobnej refleksji. Jak dobrze, że mamy fotografie, przedmioty, wspomnienia i rodzinne opowieści. Dzięki nim możemy przekazywać kolejnym pokoleniom coś więcej niż nazwiska i daty. Możemy opowiedzieć, kim byli ludzie, po których zostało w nas tak wiele.

Jako osoba wierząca patrzę na listopadową modlitwę również przez pryzmat nadziei na życie wieczne. Wypominki, Msze Święte, modlitwa przy grobach mają dla mnie głęboki sens. Wierzę, że miłość nie kończy się wraz ze śmiercią, a modlitwa jest jednym ze sposobów okazywania jej tym, których nie możemy już przytulić ani zaprosić na kawę. Dlatego nie chciałabym, żeby listopad kojarzył się wyłącznie z żałobą, ciemnością i przemijaniem. Przecież w chrześcijaństwie pamięć o zmarłych jest nierozerwalnie związana z nadzieją zmartwychwstania.

Zresztą cmentarze w tych dniach mają swój szczególny urok. Tysiące światełek, kolorowe chryzantemy, ludzie zatrzymujący się przy grobach, rodziny, które spotykają się czasami właśnie przy okazji listopadowych odwiedzin. Każdy przynosi ze sobą własną historię. Jedni stoją długo w milczeniu, inni rozmawiają, wspominają zabawne sytuacje, poprawiają kwiaty albo opowiadają dzieciom o pradziadkach. Bardzo lubię myśleć, że pamięć o bliskich może mieć również taki zwyczajny, rodzinny wymiar. Że można wspomnieć kogoś z uśmiechem, przypomnieć sobie jego powiedzonka, ulubione potrawy czy drobne przyzwyczajenia, które kiedyś doprowadzały nas do rozpaczy, a dzisiaj wspominamy je z rozczuleniem.

Codzienne przechodzenie przez cmentarz nauczyło mnie jeszcze jednej rzeczy. Żeby od czasu do czasu zwolnić i spojrzeć na życie z trochę innej perspektywy. Kiedy człowiek pędzi do pracy, myśli o dokumentach, lekcjach, zakupach i całej reszcie obowiązków, łatwo zapomnieć, jak bardzo zwyczajne dni są cenne. A przecież właśnie z takich dni składa się nasze życie. Z rozmów przy stole, wspólnych spacerów, telefonów do bliskich, drobnych gestów i chwil, które wydają się tak oczywiste, że nawet nie przychodzi nam do głowy, żeby je zapamiętać.

Może więc listopad jest dobrym momentem, żeby częściej zadzwonić do kogoś bliskiego, zapytać o rodzinną historię, obejrzeć stare fotografie albo po prostu znaleźć czas na spotkanie. Nie czekać, aż będzie spokojniej, bo doskonale wiemy, że z tym spokojniej bywa różnie. Sama jestem mistrzynią planowania wszystkiego na później, więc piszę to również do siebie.

A jutro znowu pójdę do pracy. Być może przez cmentarz, być może wzdłuż jego ogrodzenia. Minę znajome nagrobki, spojrzę na kilka fotografii i pomyślę o ludziach, których nigdy nie poznałam, ale którzy kiedyś mieli swoje miejsce na świecie.

I chyba właśnie dlatego tak lubię te zdjęcia na pomnikach. Przypominają, że za każdym nazwiskiem kryje się człowiek, a za każdym człowiekiem historia warta pamięci.

Niech więc ten listopad będzie miesiącem modlitwy, wdzięczności i dobrych wspomnień. A przede wszystkim niech przypomina nam o tych, którzy są dzisiaj obok nas. Bo najlepszym sposobem na tworzenie pięknych wspomnień jest przecież wspólne życie, które właśnie trwa.

Komentarze