Codziennik zadumanej - Riko, kucharz z "wywalonym" jęzorkiem

No dobrze, skoro przedstawiłam już Wam pozostałych futrzastych domowników, pora na ostatniego bohatera mojego kociego serialu. Przed Państwem Riko, we własnej osobie, z miną człowieka, który właśnie usłyszał wysokość rachunku za prąd, i językiem na wierzchu. Właściwie ten język to jego znak rozpoznawczy. Czasami wystaje tylko koniuszek, czasami pół języka, a bywa, że Riko wygląda, jakby w połowie lizania przypomniał sobie o czymś niezwykle ważnym i zapomniał dokończyć czynność. Nie wiem, co on sobie myśli, ale podejrzewam, że niewiele go obchodzi, jak wygląda. I chyba właśnie za tę bezpretensjonalność tak go uwielbiam.

Riko jest moim osobistym cieniem, a przede wszystkim kucharczykiem. Wystarczy, że wejdę do kuchni i zaczynam coś przygotowywać, a on już melduje się na stanowisku. Siada na szafce i nadzoruje. Kroję, mieszam, doprawiam, a on patrzy z powagą jurora w programie kulinarnym. Czasami przysypia podczas kontroli, ale przecież każdemu pracownikowi przysługuje przerwa. Co ciekawe, mój kucharczyk nie jest wybredny. W przeciwieństwie do pewnego rudego arystokraty, który uznaje wyłącznie sosik i galaretkę, Riko zjada to, co dostanie, bez negocjacji, reklamacji i żądania rozmowy z kierownikiem. Gdyby wszystkie moje koty miały takie podejście do gastronomii, mogłabym już odkładać na wakacje.

Ma jednak jedną kulinarną słabość, której do dziś nie potrafię zrozumieć. MARCHEWKA! A dokładniej obierki z marchewki. Wystarczy, że podczas przygotowywania obiadu pojawią się na blacie, a mój spokojny, stateczny kucharz zamienia się w szaleńca. Zrzuca je na podłogę, przewraca się na grzbiet, tarza, ociera i zachowuje tak, jakby odkrył najwspanialszą kocimiętkę świata. Patrzę na niego i zastanawiam się, czy przypadkiem nie wychowuję królika w kocim przebraniu. Próbowałam zrozumieć tę fascynację, ale najwyraźniej są na świecie tajemnice, których człowiek nie powinien zgłębiać. Jedni tracą głowę dla perfum, inni dla czekolady, a Riko dla odpadków z włoszczyzny. Każdy ma jakieś słabości.

Jest jeszcze coś, co czyni go wyjątkowym. Riko praktycznie nie miauczy. Ani kiedy jest głodny, ani kiedy czegoś chce, ani nawet wtedy, gdy reszta towarzystwa urządza koncert życzeń. Po prostu milczy. W domu, w którym Hektor potrafi o trzeciej nad ranem obudzić pół osiedla, taka cisza jest darem niebios. Jedyny wyjątek stanowią ptaki. Wtedy mój niemowa nagle odnajduje głos i zaczyna swoje charakterystyczne „tytytytyty”, jakby próbował nawiązać kontakt z miejscowym stowarzyszeniem wróbli. Podejrzewam, że ptaki nie rozumieją ani słowa, ale Riko najwyraźniej wierzy w swoje zdolności językowe.

I tak sobie myślę, że ten mój cichy kucharczyk ma w sobie coś, czego nam, ludziom, często brakuje. Nie domaga się nieustannie uwagi, nie robi zamieszania wokół własnej osoby, nie musi być najgłośniejszy, żeby było wiadomo, że jest. Po prostu towarzyszy mi w codzienności, cierpliwie obserwuje moje kuchenne poczynania i cieszy się swoimi małymi dziwactwami. A ja coraz bardziej przekonuję się, że szczęście wcale nie potrzebuje wielkiej oprawy. Czasami wystarczy mieć obok kogoś, przy kim dobrze się milczy, i znaleźć coś, co sprawia nam autentyczną radość, choćby dla reszty świata było to kompletnie niezrozumiałe.

Dlatego życzę Wam, żebyście mieli odwagę cieszyć się swoimi małymi przyjemnościami, nawet jeśli ktoś patrzy na Was z niedowierzaniem. A gdy życie zacznie robić się zbyt poważne, przypomnijcie sobie mojego Riko. Kota, który nie ma światu nic do powiedzenia, ale na widok obierków z marchewki traci resztki godności. I jest z tym absolutnie szczęśliwy. 😁

Komentarze