Codziennik Zadumanej #69 - Czterdzieści lat na karku, pięć w zachowaniu, czyli piątkowy spektakl w autobusie

Piątek! Jak ja lubię to słowo, szczególnie kiedy kończę pracę wcześniej i mogę wrócić do domu o przyzwoitej porze. Dzisiaj moja radość była tym większa, że od dwóch dni znowu walczę z przeziębieniem. Najwyraźniej mój organizm uznał, że skoro mamy listopad, wypada rozpocząć sezon na katar, chrypkę i całą resztę atrakcji. W pracy było tak gorąco, że spociłam się jak szczur, później gdzieś mnie zawiało i teraz mam za swoje. Wiem, że samo przewianie nie wywołuje infekcji, ale przyznajcie, że określenie „zawiało mnie” znacznie lepiej oddaje moje aktualne samopoczucie niż fachowe rozważania o wirusach.

Wsiadłam więc do autobusu w doskonałym, jak na osobę przeziębioną, humorze. W perspektywie miałam całe popołudnie w domu, ciepełko, kocyk, herbatę z cytryną, miodem i malinami oraz moje domowe specyfiki. Łącznie z mlekiem z czosnkiem, masłem i miodem, które może nie zdobyłoby pierwszej nagrody w konkursie kulinarnym, ale w mojej rodzinnej apteczce zajmuje zaszczytne miejsce. Plan był prosty: wrócić, przebrać się w coś wygodnego, zająć strategiczną pozycję w fotelu i rozpocząć intensywny proces dochodzenia do siebie. Oczywiście pod czujnym nadzorem kotów, które zapewne uznają, że skoro madka siedzi w domu, to znaczy, że wreszcie może poświęcić im należytą uwagę.

Siedziałam sobie spokojnie, słuchałam audiobooka przez słuchawki i już prawie widziałam oczami wyobraźni ten kubek gorącej herbaty, kiedy na przedostatnim przystanku przed moim domem rozpoczęło się przedstawienie. Do autobusu wsiadała starsza pani. Robiła to powoli, ostrożnie, potrzebowała trochę czasu, żeby wejść i odpowiednio się ustawić. Nic nadzwyczajnego. Każdy z nas kiedyś będzie potrzebował więcej czasu na pokonanie schodka, znalezienie miejsca czy złapanie poręczy. Przynajmniej mam taką nadzieję, że wszyscy doczekamy wieku, w którym największym problemem będzie tempo wsiadania do autobusu.

Ponieważ miałam słuchawki na uszach, nie słyszałam dokładnie, co działo się przy drzwiach. Zobaczyłam tylko, że autobus ruszył, a stojący obok mężczyzna, na oko po czterdziestce, w czapeczce i kurtce, nagle zaczął z całej siły uderzać w drzwi. Raz, drugi, kolejny. Coś mamrotał pod nosem, ale nie wyglądało na to, żeby próbował spokojnie porozumieć się z kierowcą. Po chwili domyśliłam się, że najprawdopodobniej chciał wysiąść, ale zanim starsza pani skończyła wsiadać, kierowca zamknął drzwi i ruszył.

Przyznaję, że mogło go to zdenerwować. Może się spieszył, może miał ważną sprawę, może właśnie uciekło mu połączenie z innym autobusem. Tego nie wiem. Wiem natomiast, że następny przystanek był naprawdę blisko, a reakcja tego pana zaczynała przypominać scenę, którą częściej można zobaczyć w przedszkolnej szatni niż w komunikacji miejskiej.

Ale najlepsze dopiero miało nastąpić.

Na moim przystanku drzwi się otworzyły, wysiadłam, a za mną wyszedł nasz bohater. Pomyślałam, że skoro wreszcie odzyskał wolność, sprawa została zakończona. Nic bardziej mylnego! Pan postanowił najwyraźniej wygłosić autobusowi ostatnie słowo. Najpierw jeszcze dwa razy walnął w drzwi, a następnie, uwaga, dwa razy opluł autobus! Tak, dobrze czytacie. Dorosły mężczyzna stanął na przystanku i opluł pojazd komunikacji miejskiej. Do tego coś sobie pod nosem wygadywał, prawdopodobnie kierując pod adresem autobusu niezbyt serdeczne życzenia.

Stałam przez chwilę i patrzyłam na to widowisko z autentycznym zdumieniem. Przyszło mi nawet do głowy, że do pełnego repertuaru zabrakło już tylko pokazania języka kierowcy, tupnięcia nogą i oświadczenia, że nigdy więcej nie będzie się z tym autobusem bawił.

A autobus? Autobus odjechał.

I to chyba najbardziej dramatyczny element całej historii. Tyle emocji, tyle zaangażowania, tyle energii włożonej w wyrażenie niezadowolenia, a przeciwnik nawet nie zatrzymał się, żeby docenić występ. Podejrzewam, że kierowca po prostu pojechał dalej, realizując rozkład jazdy, a opluty pojazd nie doznał żadnych poważniejszych obrażeń psychicznych.

Szłam do domu i zastanawiałam się, skąd w niektórych ludziach bierze się aż tyle złości. Przecież każdemu zdarza się coś, co wyprowadza go z równowagi. Sama potrafię się zirytować, kiedy coś nie idzie po mojej myśli, kiedy ktoś zachowuje się nieuprzejmie albo kiedy po raz kolejny muszę poprawiać coś, co już dawno powinno być zrobione. Przez ponad trzydzieści lat pracy w szkole miałam zresztą mnóstwo okazji do ćwiczenia cierpliwości. Gdybym za każdym razem, kiedy coś mnie zdenerwuje, zaczynała walić w drzwi i opluwać przedmioty, prawdopodobnie większość wyposażenia szkoły wymagałaby regularnego mycia.

Ale jest coś, co szczególnie mnie dzisiaj zastanowiło. Jak łatwo drobna niedogodność może urosnąć w czyichś oczach do rozmiarów osobistej katastrofy. Jeden przystanek. Kilka dodatkowych minut. Sytuacja, która być może rzeczywiście pokrzyżowała komuś plany, ale przecież nie musiała kończyć się takim wybuchem. Tymczasem emocje przejęły stery, rozsądek najwyraźniej wysiadł wcześniej, a na końcu oberwało się autobusowi.

Pracując z dziećmi, często rozmawiam o emocjach, sposobach radzenia sobie ze złością i o tym, że można być zdenerwowanym, ale trzeba uważać, co się z tą złością robi. Uczymy dzieci nazywania uczuć, zatrzymywania się przed impulsywną reakcją i szukania rozwiązania. I tak sobie dzisiaj pomyślałam, że niektórym dorosłym również przydałaby się od czasu do czasu taka lekcja. Bo metryka, niestety, nie zawsze idzie w parze z dojrzałością emocjonalną.

Nie wiem, co wydarzyło się wcześniej w życiu tego człowieka. Może miał fatalny dzień, może nawarstwiło mu się wiele problemów, a zamknięte drzwi autobusu okazały się ostatnią kroplą. Dlatego nie zamierzam wydawać wyroków na podstawie kilkudziesięciu sekund obserwacji. Ale jedno jest pewne: sposób, w jaki okazujemy złość, ma znaczenie. Można się zdenerwować, powiedzieć coś pod nosem, westchnąć i pójść dalej. Można też urządzić publiczne przedstawienie, po którym człowiek zostaje z tym samym problemem, tylko dodatkowo ma za sobą niezbyt chlubny występ.

Najzabawniejsze jest to, że kiedy on walczył z autobusem, ja byłam już myślami przy swojej herbacie. I chyba właśnie na tym polega różnica między oddaniem całego popołudnia złości a pozwoleniem jej, żeby sobie poszła. Czasami naprawdę szkoda zdrowia na rzeczy, których nie możemy już zmienić. Autobus odjechał, drzwi się zamknęły, przystanek został za nami. Można przez następne pół godziny przeżywać tę niesprawiedliwość albo wykorzystać ten czas na coś przyjemniejszego.

Oczywiście łatwo mi tak dzisiaj filozofować, bo to nie ja przejechałam swój przystanek. Ale mam nadzieję, że gdyby mi się to przydarzyło, zachowałabym przynajmniej tyle rozsądku, żeby nie pluć na autobus. Szczególnie że z moim aktualnym katarem i tak mam wystarczająco dużo problemów z własnym nosem.

Wróciłam do domu, zadowolona, że piątek wreszcie się rozpoczął, a mój plan leczenia nadal pozostaje aktualny. Herbata, ciepło, odpoczynek i może jeszcze kilka rozdziałów audiobooka. Żadnych niepotrzebnych nerwów, żadnego pośpiechu i zdecydowanie żadnych konfliktów z komunikacją miejską.

A z dzisiejszej przygody zabieram sobie jedną myśl. Nie mamy wpływu na wszystko, co nam się przydarza, ale często możemy zdecydować, ile miejsca zajmie to później w naszej głowie. I naprawdę warto czasami odpuścić, zanim drobna przykrość zamieni się w wielką awanturę.

Mam tylko nadzieję, że ten pan dotarł już spokojnie tam, dokąd zmierzał, i że jego dalsza podróż przebiegła bez większych emocji.

A autobusowi życzę udanego weekendu. Po dzisiejszym spotkaniu chyba zasłużył na porządną kąpiel.

Komentarze