„Narośl” - Agnieszka Peszek o tym, jak toksyczna miłość potrafi zamienić małżeństwo w piekło

Z Agnieszką Peszek mam już tak, że kiedy w moje ręce trafia kolejna jej książka, domowe obowiązki automatycznie przesuwają się na dalszy plan. Wiem, że powinnam zająć się czymś pożytecznym, ale wystarczy kilka stron i zaczynam negocjować sama ze sobą. Jeszcze jeden rozdział, jeszcze kilkanaście minut, a później naprawdę zabiorę się za wszystko, co zaplanowałam. Oczywiście zazwyczaj kończy się na tym, że kawa stygnie, zegar nieubłaganie odmierza czas, a ja nadal siedzę z książką. Agnieszka Peszek, którą od dawna nazywam swoją polską Freidą McFadden, ponownie skutecznie pokrzyżowała mi plany. Tym razem za sprawą „Narośli”, thrillera psychologicznego, w którym małżeństwo staje się miejscem wyjątkowo niebezpiecznym, a ludzie pozornie najbliżsi okazują się zdolni do rzeczy, o jakie nigdy byśmy ich nie podejrzewali.


Oliwia i Krzysztof poznają się podczas studenckiej imprezy. Ona pochodzi z zamożnej rodziny, jest ambitna, przyzwyczajona do określonego poziomu życia i pozostaje pod silnym wpływem dominującego ojca. Krzysztof dorastał w zupełnie innych warunkach, a jego marzeniem jest wyrwanie się z biedy i zapewnienie rodzinie lepszej przyszłości. Ich znajomość przeradza się w związek, który ostatecznie prowadzi do ślubu. Tyle że już uroczystość weselna pokazuje, jak wiele dzieli młodych małżonków. Ojciec Oliwii nie ukrywa pogardy wobec zięcia, Krzysztof upija się i zasypia pod stołem, a noc poślubna przebiega zupełnie inaczej, niż można byłoby oczekiwać. Trudno o bardziej wymowny początek wspólnego życia.

Dziewięć lat później w mieszkaniu Oliwii i Krzysztofa zostają odnalezione dwa ciała. Okoliczności zdarzenia budzą wiele wątpliwości, a ustalenie, co naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami, wymaga powrotu do przeszłości. Autorka stopniowo odsłania kolejne etapy małżeństwa, pozwalając nam obserwować, jak relacja dwojga ludzi zamienia się w nieustanną walkę o przewagę. Nie zamierzam zdradzać więcej, ponieważ właśnie odkrywanie rodzinnych sekretów stanowi największą przyjemność podczas lektury.

Najbardziej podobało mi się to, że Peszek nie próbuje przekonać czytelnika, iż w tej historii istnieje jedna niewinna osoba i jeden bezwzględny oprawca. Początkowo można współczuć Krzysztofowi, który trafia do rodziny traktującej go z wyższością, albo próbować zrozumieć Oliwię, wychowaną przez ojca przyzwyczajonego do kontrolowania wszystkiego. Jednak kolejne rozdziały skutecznie komplikują te pierwsze oceny. Bohaterowie podejmują decyzje, które trudno zaakceptować, manipulują sobą, wykorzystują słabości drugiej strony i coraz bardziej zaplątują się we własne kłamstwa. W pewnym momencie przestałam nawet próbować rozstrzygać, komu powinnam współczuć, ponieważ każde nowe odkrycie zmieniało moje spojrzenie na ich małżeństwo.

Bardzo lubię takie niejednoznaczne postacie. W prawdziwym życiu ludzie rzadko są wyłącznie dobrzy albo źli, a ich zachowanie często wynika z doświadczeń, ambicji, lęków i potrzeb, których nie potrafią otwarcie wyrazić. Peszek pokazuje to w sposób szczególnie bezlitosny. Oliwia i Krzysztof wnoszą do związku własne oczekiwania, rodzinne obciążenia oraz przekonania dotyczące pieniędzy, pozycji społecznej i wzajemnych obowiązków. Zamiast budować porozumienie, stopniowo uczą się wykorzystywać przeciwko sobie wszystko, co wiedzą o drugiej osobie. Najbardziej przykre jest to, że ich małżeństwo od początku wydaje się obciążone cudzymi ambicjami i potrzebą udowodnienia własnej wartości.

Podczas czytania sporo myślałam o tym, jak ogromny wpływ na dorosłe życie mają wzorce wyniesione z rodzinnego domu. Oliwia dorastała w środowisku, w którym pieniądze i pozycja społeczna odgrywały ważną rolę, a ojciec miał bardzo konkretne wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać życie córki. Krzysztof z kolei znał biedę i marzył o finansowym bezpieczeństwie. Każde z nich inaczej rozumiało sukces, lojalność i partnerskie obowiązki. Oczywiście odmienne pochodzenie nie musi przekreślać związku, ale kiedy do różnic dochodzą brak szacunku, wzajemne pretensje i nieumiejętność szczerej rozmowy, nawet drobne konflikty potrafią z czasem urosnąć do ogromnych rozmiarów.

Właśnie dlatego tytuł „Narośl” uważam za wyjątkowo trafny. Kojarzy mi się z czymś, co początkowo może być niemal niezauważalne, ale stopniowo rozrasta się, zajmuje coraz więcej miejsca i zaczyna niszczyć to, co znajduje się wokół. Podobnie dzieje się z relacją bohaterów. Niewypowiedziane pretensje, upokorzenia, zazdrość i kłamstwa nie znikają tylko dlatego, że nikt nie chce o nich rozmawiać. Przeciwnie, narastają przez lata, aż w końcu stają się czymś, nad czym trudno zapanować. To moja interpretacja tytułu, ale właśnie ona towarzyszyła mi przez większą część lektury.

Autorka prowadzi opowieść w różnych planach czasowych i oddaje głos kilku postaciom. Dzięki temu wydarzenia, które początkowo wydają się oczywiste, stopniowo nabierają zupełnie innego znaczenia. Szczególnie dobrze wypada konfrontowanie odmiennych perspektyw. Każdy bohater ma własną wersję przeszłości, własne usprawiedliwienia i powody, dla których pewne fakty woli przemilczeć. Czytelnik musi samodzielnie układać poszczególne elementy, a Peszek bardzo umiejętnie wykorzystuje naszą skłonność do pochopnego oceniania ludzi. Przyznaję, że kilkakrotnie byłam przekonana, iż zaczynam rozumieć całą sytuację, po czym kolejny fragment historii zmuszał mnie do zmiany zdania.

W „Narośli” podoba mi się również to, że napięcie nie opiera się wyłącznie na zagadce kryminalnej. Oczywiście odnalezienie ciał i próba ustalenia okoliczności zdarzenia stanowią ważną część fabuły, ale równie mocno przyciąga uwagę obserwowanie stopniowego rozpadu małżeństwa. Nie potrzeba tutaj nieustannych pościgów ani kolejnych brutalnych zbrodni, żeby poczuć niepokój. Czasami wystarczy rozmowa przy rodzinnym stole, pozornie niewinne zdanie albo zachowanie, które pokazuje, jak niewiele szacunku pozostało między ludźmi deklarującymi kiedyś miłość. Ta codzienna, psychologiczna przemoc potrafi być bardziej przygnębiająca niż najbardziej wymyślna kryminalna intryga.

Nie twierdzę jednak, że powieść jest pozbawiona słabszych stron. Chwilami miałam wrażenie, że autorka wyjątkowo mocno zagęszcza sieć sekretów i wzajemnych manipulacji. Bohaterowie bywają tak wyrachowani, że trudno uwierzyć, iż przez tyle lat potrafili funkcjonować w takiej relacji. Niektóre zachowania wydawały mi się przesadzone, choć rozumiem, że właśnie dzięki nim Peszek buduje atmosferę coraz większego zagrożenia. Zabrakło mi też momentami nieco więcej miejsca dla samego śledztwa, ponieważ psychologiczna historia małżeństwa zdecydowanie dominuje nad policyjnymi działaniami. Nie przeszkodziło mi to jednak w lekturze, bo największą siłą tej książki pozostają dla mnie bohaterowie i ich skomplikowane motywacje.

Z ciekawości zajrzałam również do opinii innych czytelników. Wiele osób zwraca uwagę na nieprzewidywalność fabuły, umiejętne prowadzenie kilku perspektyw i bohaterów, których trudno jednoznacznie ocenić. Pojawiają się też uwagi dotyczące nagromadzenia intryg oraz tego, że niektóre rozwiązania wymagają od czytelnika sporej wyrozumiałości. Rozumiem te zastrzeżenia, ale akurat w przypadku „Narośli” skomplikowana konstrukcja historii nie zmęczyła mnie tak bardzo, jak zdarzało się przy innych thrillerach. Tutaj kolejne odkrycia rzeczywiście zmieniały sposób, w jaki postrzegałam wcześniejsze wydarzenia, a nie służyły wyłącznie wywołaniu chwilowego zaskoczenia.

Po przeczytaniu kilku książek Agnieszki Peszek coraz bardziej doceniam jej umiejętność tworzenia historii opartych na ludzkich słabościach. W serii o Dorocie Czerwińskiej, którą również mam już za sobą, polubiłam przede wszystkim kryminalne zagadki i sposób prowadzenia bohaterów. W „Narośli” szczególnie mocno wybrzmiewa natomiast psychologiczny wymiar relacji, w której miłość, ambicja, pieniądze i potrzeba kontroli tworzą wyjątkowo niebezpieczną mieszankę. Autorka nie oszczędza swoich postaci, ale też nie pozwala czytelnikowi zbyt szybko przywiązać się do jednej interpretacji wydarzeń.

„Narośl” jest pierwszą częścią cyklu „Konieczna”, choć sama historia Oliwii i Krzysztofa ma wyraźnie zaznaczony własny punkt wyjścia. To dobra propozycja dla osób, które lubią thrillery psychologiczne, rodzinne tajemnice i opowieści o ludziach zdolnych do przekraczania kolejnych granic. Trzeba jednak przygotować się na wyjątkowo toksyczne relacje, bohaterów budzących silne emocje i atmosferę, w której trudno znaleźć choćby odrobinę spokoju.

Mnie ta książka naprawdę wciągnęła. Najbardziej cenię w niej to, że zamiast prostego podziału na winnych i pokrzywdzonych dostałam historię ludzi, którzy przez lata budowali wspólne życie na bardzo kruchych fundamentach. Agnieszka Peszek po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego tak chętnie sięgam po jej powieści. Potrafi sprawić, że najpierw jestem pewna własnej oceny bohaterów, później zaczynam w nią wątpić, a na końcu odkrywam, jak niewiele wiedziałam o ich prawdziwych intencjach. I właśnie za to lubię jej książki najbardziej.

A moje domowe obowiązki oczywiście doczekały się swojej kolejki, chociaż zdecydowanie później, niż planowałam. Przy Agnieszce Peszek chyba powinnam już przestać obiecywać sobie, że przeczytam tylko jeden rozdział.

Komentarze