Marzec w moim sercu – z czym wchodzę w ten miesiąc
Marzec nigdy nie jest jednoznaczny. Nie jest już zimą, ale jeszcze nie jest wiosną. Trochę się waha. Trochę sprawdza. Trochę obiecuje. I chyba właśnie z tym wchodzę w ten miesiąc - z mieszanką. Nie z listą celów. Nie z wielkim „od teraz”. Raczej z cichą gotowością.
Wchodzę z potrzebą świeżego powietrza. Takiego, które wpada do domu przez uchylone okno i mówi: „można inaczej”. Z chęcią porządków - nie tylko w szafie, ale też w myślach. Z pytaniem: co już mi nie służy, a co jeszcze warto zostawić?
Marzec w moim sercu to delikatne rozmrażanie. Nie gwałtowne zmiany. Nie rewolucja. Raczej małe przesunięcia.
Więcej światła. Trochę mniej surowości wobec siebie. Trochę więcej odwagi, żeby zrobić coś po swojemu.
Wchodzę w ten miesiąc z wdzięcznością za to, że przetrwałam zimę - tę na zewnątrz i tę w środku. Z doświadczeniem, które mnie czegoś nauczyło. Z większą świadomością swoich granic.
Ale też z nadzieją. Nie wielką, głośną. Taką zwyczajną. Że coś zakwitnie. Może nie od razu. Może nie spektakularnie. Ale wystarczająco.
Marzec uczy mnie cierpliwości. Bo nawet jeśli słońce świeci mocniej, ziemia jeszcze nie jest gotowa na wszystko. I ja też nie muszę. Wystarczy, że będę. Uważna. Łagodna. Trochę odważniejsza niż wczoraj. A reszta przyjdzie swoim tempem.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)