Testerka — Sylwia Kubik i Joanna Szarańska o tym, jak łatwo w związku włączyć tryb „śledztwo”

Ta książka zaczyna się bardzo życiowo: w małżeństwie Elizy i Wiktora pojawia się rutyna, a wraz z nią… podejrzenia. On coraz częściej zostaje po godzinach w pracy, coś się zmienia, a w głowie Elizy zaczyna rosnąć pytanie, którego nie da się już zagłuszyć: „czy ja przypadkiem nie jestem robiona w balona?”.

I wtedy wchodzi ona - testerka. Wynajęta po to, by „sprawdzić wierność męża”, jakby miłość dało się zmierzyć miarką, zważyć na kuchennej wadze i jeszcze porównać w tabelce.

Tyle że w Testerce to nie jest prosta historyjka o zdradzie i zemście. Z tego „testowania” zaczynają wychodzić rzeczy, które od dawna były schowane głęboko — tajemnice, sekrety, niedopowiedzenia i rodzinne supełki zaciśnięte tak mocno, że aż zaczyna brakować tchu.

I tu właśnie książka robi coś fajnego: podaje temat w lekkiej formie, z humorem, ale nie udaje, że sprawy sercowe są proste. Bo to, co na początku wygląda jak podejrzenie zdrady, szybko zamienia się w pytanie o zaufanie. I o to, co my robimy, kiedy czujemy się niepewnie: rozmawiamy… czy robimy dochodzenie?

W tej historii najbardziej podobała mi się sama idea „testerki” jako lustra. Bo czasem nie chodzi o to, czy ktoś zdradza. Czasem chodzi o to, że w związku coś już wcześniej zaczęło się kruszyć, tylko nikt nie chciał tego nazwać. A wtedy wystarczy iskra — i nagle człowiek zaczyna widzieć znaki wszędzie: w telefonie, w uśmiechu, w „wrócę później”.

Jest też w tej książce sporo sytuacji, które bawią — takich lekko absurdalnych, jak to życie, kiedy człowiek próbuje zachować powagę, a rzeczywistość robi swoje. (Bo umówmy się: pomysł „wynajmę osobę, żeby sprawdziła mojego męża” sam w sobie ma w pakiecie potencjał komediowy).

A po zamknięciu książki zostaje mi w głowie jedna myśl: zaufanie to nie jest coś, co się testuje. To coś, co się buduje. Albo czego się nie naprawi, jeśli zamiast rozmowy wchodzi kontrola.

Testerka jest więc dla mnie nie tylko lekką obyczajówką „do herbaty”. To historia o tym, jak łatwo w relacji przestawić się z „my” na „ja kontra ty”. I jak trudno wrócić, gdy już się raz uruchomi wewnętrzny alarm.

Komentarze