Ostatni #Live (audiobook) — Artur Venivinci o tym, jak łatwo pomylić oglądanie życia z jego przeżywaniem
Słuchanie audiobooków ma w sobie coś wyjątkowego. Można robić tysiąc rzeczy – spacerować, sprzątać, gotować – a jednocześnie zanurzyć się w czyjejś historii. I czasem ta historia wchodzi w głowę mocniej, niż się człowiek spodziewa. Tak było u mnie z audiobookiem „Ostatni #Live” Artura Venivinciego. Już sam pomysł jest mocno osadzony w naszej rzeczywistości: świat transmisji na żywo, internetowej popularności, ludzi obserwujących cudze życie niemal w czasie rzeczywistym. Niby wszyscy to znamy. Niby to codzienność. A jednak kiedy zaczyna się słuchać tej historii, pojawia się pytanie: ile w tym jeszcze prawdziwego życia, a ile już tylko spektaklu?
Ta opowieść ma w sobie napięcie, ale nie tylko takie thrillerowe. Bardziej psychologiczne. Takie, które sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym, jak bardzo media społecznościowe potrafią zmieniać sposób patrzenia na świat i na innych ludzi.
Podczas słuchania kilka razy złapałam się na myśli, że to trochę przerażające, jak łatwo dziś wszystko może stać się widowiskiem. Emocje, dramaty, prywatność… wszystko można pokazać na żywo. A ktoś po drugiej stronie ekranu kliknie „lubię to”, napisze komentarz i pójdzie dalej.
Audiobook ma jeszcze jedną zaletę – tempo. Dobrze się go słucha, historia prowadzi słuchacza do przodu i trudno zrobić sobie przerwę. A to zawsze dla mnie dobry znak.
Ale najbardziej zostało mi po nim coś innego. Myśl, że w świecie, w którym wszystko można transmitować na żywo, coraz trudniej znaleźć miejsce na ciszę. Na prywatność. Na bycie sobą bez publiczności.
I może właśnie dlatego ta historia zostaje w głowie trochę dłużej. Bo przypomina, że życie nie zawsze powinno być „na żywo”. Czasem warto je po prostu przeżyć.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)