"Zanim odlecą anioły" - Natasza Socha o kruchości, którą łatwo przeoczyć

Są książki, które czyta się z napięciem. I są takie, które czyta się z uważnością, bo od pierwszych stron czuć, że tu nie chodzi o tempo, tylko o sens. Zanim odlecą anioły Nataszy Sochy należą właśnie do tej drugiej grupy. To historia delikatna, ale nie słaba. Cicha, ale nie obojętna. Taka, która nie narzuca emocji, tylko pozwala im powoli wybrzmieć. Czytając, miałam wrażenie, że autorka prowadzi mnie bardzo ostrożnie, jakby wiedziała, że to, o czym pisze, łatwo zranić zbyt głośnym słowem.

Ta książka jest o tym, co kruche. O ludziach, którzy niosą w sobie więcej, niż pokazują światu. O relacjach, w których nie wszystko da się powiedzieć wprost. I o momentach, które decydują o tym, czy zdążymy, zanim coś bezpowrotnie się zmieni.

Autorka potrafi pisać o trudnych sprawach bez nadmiaru dramatyzmu. Nie epatuje bólem, nie szuka tanich wzruszeń. Raczej zaprasza do zatrzymania się i spojrzenia na bohaterów z bliska, z empatią, ale bez idealizowania. Dzięki temu ta historia wydaje się bardzo prawdziwa.

Czytając Zanim odlecą anioły, kilka razy złapałam się na tym, że odkładam książkę, żeby chwilę pomyśleć. O własnych relacjach. O słowach, które warto powiedzieć wcześniej, a nie „kiedyś”. O uważności, której często brakuje w codziennym biegu.

To nie jest książka, która daje łatwe odpowiedzi. Raczej stawia pytania - spokojne, ale trafiające dokładnie tam, gdzie trzeba. I zostawia czytelnika z refleksją, że czas jest czymś znacznie bardziej delikatnym, niż lubimy myśleć.

Zanim odlecą anioły dobrze czyta się właśnie teraz - w czasie zimowego wyciszenia, po świętach, kiedy emocje nieco opadły, a my mamy więcej przestrzeni na myślenie. To lektura, która nie rozprasza, tylko skupia. Nie podnosi głosu. Zostaje. I może właśnie dlatego działa tak mocno.

Komentarze