Czasem nie brakuje mi ludzi. Brakuje mi ciszy po nich.

Czasem wcale nie jest tak, że brakuje mi ludzi. Nie tęsknię za rozmową, spotkaniem, obecnością. Brakuje mi ciszy po nich. Tej chwili, kiedy zamykają się drzwi. Kiedy głosy milkną. Kiedy mogę znowu usłyszeć siebie bez konieczności reagowania, odpowiadania, bycia uważną na wszystko dookoła. Zmęczenie relacjami nie zawsze oznacza, że coś jest nie tak z ludźmi. Często oznacza tylko, że za długo byłam dostępna. Że słuchałam, wspierałam, rozumiałam. Że byłam obecna bardziej na zewnątrz niż wewnątrz.

I nie ma w tym żalu. Nie ma pretensji. Jest zwykła ludzka potrzeba wyciszenia.

Cisza po ludziach nie jest ucieczką. Jest powrotem. Do własnych myśli. Do własnego tempa. Do miejsca, w którym nie muszę niczego dopasowywać.

Coraz częściej uczę się nie tłumaczyć z tego zmęczenia. Nie nazywać go egoizmem. Nie przykrywać go grzecznością.

Bo relacje są ważne. Ale równie ważne jest to, co dzieje się pomiędzy nimi. Ta przestrzeń, w której można odetchnąć, uspokoić się, zebrać.

Czasem więc nie brakuje mi ludzi. Brakuje mi ciszy po nich. I to wcale nie znaczy, że kocham mniej. Czasem znaczy, że wreszcie dbam o siebie

Komentarze