Co mnie śmieszy teraz, a czego nie rozumiałam 10 lat temu
Dziesięć lat temu byłam bardzo poważna. Nawet jeśli się śmiałam - w środku wszystko brałam serio. Serio relacje. Serio opinie ludzi. Serio to, co ktoś powiedział między wierszami. Serio swoje potknięcia, niedoskonałości i każdy „dziwny” moment. Dziś śmieję się z rzeczy, które kiedyś potrafiły zepsuć mi dzień.
Śmieszy mnie to, że ktoś mnie nie polubił. Naprawdę. Kiedyś analizowałabym to przez tydzień. Dziś myślę: „no dobrze, nie jestem herbatą z miodem, zupą pomidorową ani nutellą”.
Śmieszy mnie własna potrzeba bycia idealną. Ta dawna wersja mnie, która chciała wszystko ogarnąć, przewidzieć, zabezpieczyć. Jakbym była działem zarządzania kryzysowego w swoim własnym życiu.
Śmieszy mnie to, jak bardzo bałam się powiedzieć „nie”. Jakby od jednego odmówienia miało się zawalić pół świata. Dziś mówię „nie” i… świat nadal stoi. Czasem nawet oddycha lżej.
Śmieszy mnie też to, jak myślałam, że wszystko jest o mnie. Czyjeś milczenie. Czyjaś mina. Czyjś gorszy dzień. A tymczasem ludzie mają swoje światy, w których ja jestem tylko małym elementem.
Dziesięć lat temu nie rozumiałam, że dystans to nie chłód. To zdrowie.
Nie rozumiałam, że można się potknąć i nie robić z tego życiowego dramatu.
Nie rozumiałam, że można być niedoskonałą i nadal wystarczającą.
Dziś śmieję się częściej.
Nie z ludzi.
Nie z życia.
Ale z tej dawnej wersji siebie, która tak bardzo chciała wszystko kontrolować.
I wiecie co?
Ten śmiech nie jest kpiną. To jest czułość.
Bo dorastanie to nie tylko poważne lekcje. To też moment, w którym przestajemy traktować siebie jak projekt do poprawy. A zaczynamy jak człowieka.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)