Seks, książki i pieniążki Iwony Banach czyli jak śmiałam się do rozpuku i nawet się tego nie wstydzę

Są książki, które czyta się z uśmiechem. Są takie, przy których człowiek parska pod nosem. A potem jest Iwona Banach i moment, w którym próbujesz czytać w ciszy, ale co chwilę wybuchasz śmiechem i zaczynasz wyglądać podejrzanie w miejscach publicznych. Seks, książki i pieniążki to dokładnie ten typ historii.

Uwielbiam pióro Banach. Jej ironia jest ostra, ale nie złośliwa. Humor błyskotliwy, ale nie wymuszony. Ona potrafi wziąć zwykłą codzienność - relacje, ambicje, pieniądze, literacki świat i rozłożyć ją na czynniki pierwsze z takim wyczuciem absurdu, że człowiek nie wie, czy bardziej się śmiać, czy kiwać głową z myślą: „No tak, przecież to wszystko jest prawda”.

Ta książka nie udaje wielkiej literatury moralnej. Ona się bawi. Słowem, sytuacją, schematem. A przy okazji bardzo celnie punktuje nasze przywary, marzenia o sukcesie i te wszystkie śmiesznostki, które traktujemy śmiertelnie poważnie.

Czytałam i naprawdę śmiałam się do rozpuku. Nie elegancko. Nie z lekkim uśmieszkiem. Tylko tak, że musiałam na chwilę odkładać książkę, bo zdanie było zbyt trafne, zbyt bezczelnie prawdziwe.

W autorce najbardziej cenię to, że jej humor nie jest „dla każdego” w sensie wygładzonym. On jest inteligentny. Trzeba czytać uważnie, łapać niuanse, smakować dialogi. A kiedy już złapiesz rytm - przepadłaś.

Seks, książki i pieniążki to dla mnie literacki reset. Od ciężkich tematów, od dramatów, od nadmiernej powagi. To przypomnienie, że literatura może być po prostu dobrą zabawą i że śmiech też jest formą uważności.

Bo przecież śmiać się z rzeczywistości to wcale nie znaczy jej nie rozumieć. Czasem znaczy rozumieć ją aż za dobrze.

Jeśli ktoś jeszcze nie zna Iwony Banach - polecam. Z czystym sumieniem. I z ostrzeżeniem: nie odpowiadam za napady śmiechu.

Komentarze