Zanim zabłyśnie gwiazda — mój ukochany czas

Mam taką słabość, której nigdy nie ukrywałam: kocham Adwent bardziej niż samo Boże Narodzenie. I im jestem starsza, tym bardziej to czuję. W świętach wszystko dzieje się szybko - pakujemy, gotujemy, sprzątamy, biegniemy do stołu, gonimy za tradycją i nastrojem, który czasem bardziej trzeba dogonić niż przeżyć. A Adwent? Adwent jest ciszą, która pachnie. Korzenną, ciepłą, domową.

To czas, który mnie otula. Ma smak pierwszej zimowej herbaty, tej z pomarańczą, miodem i goździkami. Smak makowych prób „na szybko”, bo przecież trzeba sprawdzić, czy wszystko wyjdzie.
Smak dziecięcej ekscytacji, która wraca przy zapalaniu każdej kolejnej świecy.

W Adwencie nie muszę być gotowa. Mogę być „w drodze”. Mogę mieć bałagan w głowie, kubek niedopitych myśli i serce, które dopiero uczy się spokoju. I to jest w porządku. Adwent niczego nie wymaga - on zaprasza.

Zaprasza do zatrzymania, do oddychania głębiej, do spojrzenia w okno o poranku, gdy świat jest trochę przygaszony, a przez to bardziej szczery. Zaprasza do bycia bliżej siebie i bliżej Boga - bez wielkich słów, bez dekoracji, bez presji.

Boże Narodzenie jest jak wystrzał światła. A Adwent… Adwent to delikatne światełko, które dopiero się rodzi. I może właśnie dlatego kocham go najbardziej.

Tu wszystko pachnie obietnicą. Ciepłą, cichą, korzenną. Taką, której nie chcę przegapić.

Komentarze