Co mówi o mnie moja torebka?
Podobno można poznać człowieka po książkach, które czyta. Po muzyce, której słucha. Po tym, jak traktuje kelnera, zwierzęta i ludzi, od których niczego nie potrzebuje. Ja myślę, że kobietę można też poznać po zawartości torebki. Oczywiście pod warunkiem, że najpierw uda się do tej zawartości dotrzeć. Bo damska torebka to nie jest zwykły przedmiot. To osobny świat. Mały schowek na życie. Mobilne centrum dowodzenia. Miejsce, w którym można znaleźć wszystko, tylko nie to, czego akurat się szuka.
Szukasz kluczy? Znajdziesz paragon sprzed dwóch miesięcy. Szukasz pomadki? Wyciągniesz długopis, który nie pisze od dawna, ale z jakiegoś powodu nadal z Tobą chodzi. Szukasz chusteczek? Proszę bardzo, są. Tylko na samym dnie, pod portfelem, notesem, ładowarką, cukierkiem bez papierka i tajemniczym okruszkiem, którego pochodzenia lepiej nie badać.
Moja torebka mogłaby spokojnie opowiedzieć historię mojego dnia. Jest w niej portfel, bo człowiek dorosły musi czasem udawać, że ogarnia sprawy poważne. Są klucze, które zawsze znikają dokładnie wtedy, kiedy stoję pod drzwiami i mam zajęte ręce. Jest telefon, choć ten zwykle i tak trzymam osobno, bo przecież trzeba co chwilę sprawdzić godzinę, wiadomości, pogodę i coś, czego po minucie już się nie pamięta. Jest też notes. Bo ja ciągle wierzę, że zapiszę ważną myśl, zanim ucieknie. Czasem zapisuję. Czasem tylko noszę notes, żeby wyglądało, że jestem osobą zorganizowaną.
W torebce mam też długopis. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce mam zwykle trzy. Jeden nie pisze, drugi jest bez skuwki, trzeci należy nie wiadomo do kogo, ale został ze mną na dobre. Takie rzeczy po prostu się dzieją.
Jest pomadka ochronna, bo usta zawsze przypominają o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Jest małe lusterko, które pokazuje prawdę bez litości. Są chusteczki, bo chusteczki są potrzebne zawsze. Do nosa, do rąk, do okularów, do łez, do rozlanej kawy i do życia ogólnie.
Są paragony. Dużo paragonów. Nie wiem, dlaczego je trzymam. Może dlatego, że gdzieś głęboko wierzę, że kiedyś będę prowadzić idealny budżet domowy, wszystko posegreguję, podliczę i wyciągnę z tego mądre wnioski. Na razie wyciągam głównie wniosek, że kupuję więcej drobiazgów, niż mi się wydaje.
W torebce można też znaleźć rzeczy zupełnie przypadkowe. Guzik. Listek. Bilet. Starą karteczkę. Saszetkę herbaty. Mały różaniec. Gumy do żucia. Tabletki przeciwbólowe, bo dorosłość czasem boli nie tylko metaforycznie. I tak sobie myślę, że ta moja torebka jest trochę jak ja. Niby zwyczajna, a jednak pełna historii. Trochę uporządkowana, trochę chaotyczna. Trochę praktyczna, trochę sentymentalna. Trochę gotowa na wszystko, a trochę zaskoczona, że znowu trzeba czegoś szukać.
Noszę w niej rzeczy potrzebne, rzeczy zapomniane i rzeczy „na wszelki wypadek”. A tych ostatnich jest chyba najwięcej. Bo kobieta potrafi wyjść z domu z myślą: nie wiem, co mnie dziś czeka, ale może przyda się plaster, cukierek, ładowarka, chusteczka, notes, różaniec, tabletka, torba materiałowa i jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać, ale lepiej mieć. Może dlatego nasze torebki są czasem takie ciężkie. Nie tylko od przedmiotów. Czasem nosimy w nich małe troski, plany, pośpiech, sprawy do załatwienia, cudze prośby, własne zmęczenie i nadzieję, że jakoś damy radę. A potem siadamy wieczorem, wysypujemy z niej połowę życia na stół i myślimy: skąd to wszystko się tu wzięło? No właśnie. Z życia. Bo torebka nie kłamie.
Pokazuje, że jestem kobietą, która lubi mieć coś pod ręką. Która czasem gubi klucze w miejscu, gdzie sama je włożyła. Która nosi notes, nawet jeśli nie zawsze w nim pisze. Która zbiera paragony jak dowody na to, że dzień naprawdę się wydarzył. Pokazuje też, że w zwykłych rzeczach mieści się kawałek codzienności. I może dlatego lubię czasem zajrzeć do niej spokojniej. Nie tylko po to, żeby wyrzucić stare papierki i znaleźć zaginioną pomadkę. Ale po to, żeby zobaczyć, co ostatnio ze sobą noszę. W torebce. I w sobie.

Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)