Chwila, której bym nie zauważyła, gdybym się spieszyła

Są takie chwile, które nie wołają o uwagę. Nie stukają w szybę. Nie machają ręką. Nie mówią: zatrzymaj się, popatrz, zapamiętaj. One po prostu są. Ciche. Zwyczajne. Prawie niewidzialne.

I gdyby człowiek się spieszył, pewnie minąłby je bez żalu. Przeszedłby obok, poprawił torbę na ramieniu, zerknął na telefon, pomyślał o liście spraw do załatwienia i pobiegł dalej. Do sklepu, do pracy, do domu, do następnego obowiązku. Bo przecież zawsze jest coś. Zawsze coś czeka. Zawsze coś trzeba. Zawsze coś jeszcze. A potem nagle człowiek zwalnia.

Nie z wielkiego postanowienia. Nie dlatego, że przeczytał mądry poradnik o uważności i od dziś będzie żył wolniej, piękniej i z kubkiem herbaty w dłoni. Nie. Czasem zwalnia się przypadkiem. Bo autobus uciekł. Bo trzeba było poczekać. Bo coś się przesunęło. Bo dzień i tak nie chciał iść według planu. I właśnie wtedy zobaczyłam tę chwilę. Światło na ścianie. Zwykłe światło. Takie, które wpada przez okno pod odpowiednim kątem i na kilka minut robi z codzienności coś łagodniejszego. Nie zmienia całego życia. Nie rozwiązuje problemów. Nie prasuje prania. Nie odpisuje na wiadomości. Nie płaci rachunków.A jednak zatrzymuje.

Patrzyłam na nie dłużej, niż wypada patrzeć na światło na ścianie. Choć kto właściwie ustala, ile wypada? Było ciepłe. Miękkie. Trochę złote. Przesuwało się powoli, jakby wcale mu się nie spieszyło. Jakby wiedziało coś, czego ja ciągle się uczę — że nie trzeba biec, żeby zdążyć z tym, co naprawdę ważne. Pomyślałam wtedy, że tyle takich chwil przepada. Nie dlatego, że ich nie ma. Tylko dlatego, że ja jestem gdzie indziej. Myślami wczoraj. Planami jutro. Zmartwieniami wszędzie naraz. A życie dzieje się tuż obok. Czasem w świetle na ścianie. Czasem w zapachu herbaty. Czasem w liściu, który przykleił się do chodnika po deszczu. Czasem w uśmiechu kogoś obcego. Czasem w ciszy między jednym hałasem a drugim.

Małe rzeczy nie zawsze są małe. Czasem to one przypominają, że jeszcze potrafię się zatrzymać. Że nie jestem tylko listą obowiązków. Że moje dni nie muszą składać się wyłącznie z punktów do odhaczenia. Bo przecież można przeżyć dzień i niczego nie zauważyć. Można przejść przez tydzień na autopilocie. Można pić kawę i nie poczuć jej smaku. Można patrzeć przez okno i nic nie zobaczyć. Można być bardzo zajętym i bardzo nieobecnym. A potem przychodzi taka jedna chwila. Krótka. Zwyczajna. Bez wielkiej historii. I nagle robi się w człowieku ciszej. Nie idealnie. Nie bajkowo. Nie tak, że od razu wszystko się układa. Po prostu ciszej. Jakby ktoś ściszył świat o jeden ton.

I może właśnie po to są takie momenty. Żeby przypomnieć, że nie wszystko, co ważne, przychodzi głośno. Że nie każde piękno trzeba planować. Że czasem wystarczy nie przeoczyć tego, co samo przyszło. Nie wiem, ile trwało to światło na ścianie. Może kilka minut. Może mniej. Ale zostało ze mną dłużej niż niejeden wielki plan. I pomyślałam sobie, że chcę częściej zauważać takie rzeczy. Nie z obowiązku. Nie jako kolejne zadanie do wykonania. Raczej z wdzięczności, że jeszcze są chwile, które potrafią mnie zatrzymać. Nawet jeśli tylko na moment. Nawet jeśli świat zaraz znowu przyspieszy. Nawet jeśli za chwilę trzeba będzie wstać, odpisać, zrobić, załatwić, wrócić do codzienności.Bo ta codzienność też potrzebuje takich małych okienek.Takich przerw na oddech.Takich chwil, których bym nie zauważyła, gdybym się spieszyła.

Komentarze