Wracam do tworzenia małymi krokami

Dawno mnie tu nie było z twórczym wpisem. Tak dawno, że aż trochę głupio zaczynać od zwykłego: „hej, wróciłam”. Bo przecież człowiek nie znika z własnego bloga specjalnie. Nie siada rano przy kawie i nie mówi sobie: dobra, teraz przez dłuższy czas nie będę nic pisać w tym dziale, nie będę pokazywać żadnych drobiazgów, niczego nie ozdobię, niczego nie przerobię i będę udawać, że sznurek, koronki, klej i guziki wcale do mnie nie mrugają z szuflady.

Nie. To dzieje się po cichu. Najpierw odkłada się jeden pomysł. Potem drugi. Potem człowiek mówi: zrobię to w weekend. Potem weekend mija, herbata stygnie, pranie samo się nie powiesi, życie samo się nie ogarnie, a pudełko z przydasiami nadal stoi tam, gdzie stało. I nagle okazuje się, że minęło dużo czasu. Za dużo. A ja przecież lubię tworzyć.

Lubię ten moment, kiedy zwykły słoik przestaje być zwykłym słoikiem. Kiedy kawałek sznurka, koronki albo papieru zaczyna mieć jakiś sens. Kiedy coś, co miało wylądować w koszu, dostaje drugie życie i jeszcze bezczelnie dobrze wygląda.

Lubię też ten bałagan na stole, którego nie da się nazwać artystycznym, choć bardzo by się chciało. Nożyczki po lewej, klej bez zakrętki, kawałki papieru wszędzie, nitka przyczepiona do rękawa i ta jedna wstążka, która była potrzebna dokładnie przed chwilą, ale oczywiście zniknęła.

Twórczość ma swoje prawa. Czasem uspokaja. Czasem denerwuje. Czasem wychodzi. Czasem człowiek patrzy na efekt i myśli: no dobrze, może udawajmy, że to był eksperyment. Ale właśnie za to ją lubię. Bo w tworzeniu nie chodzi tylko o ładny efekt. Przynajmniej nie u mnie.

Chodzi o chwilę, w której ręce są czymś zajęte, a głowa może trochę odpuścić. O ten moment, kiedy nie trzeba wszystkiego analizować, planować, przewidywać i poprawiać. Wystarczy coś przykleić, zawiązać, przyciąć, pomalować. Czasem krzywo. Czasem drugi raz. Czasem z westchnieniem, którego nie wypada cytować na blogu.

I dobrze. Nie wszystko musi być idealne. Dlatego wracam do działu „Twórczość” małymi krokami. Bez wielkich zapowiedzi. Bez obietnicy, że od teraz co tydzień będzie nowy projekt, piękne zdjęcia i instrukcja krok po kroku jak z katalogu. Nie będzie. Będzie po mojemu. Trochę domowo. Trochę z odzysku. Trochę z serca. Trochę z tego, co akurat znajdę w szufladzie.

Na początek wyjęłam swoje twórcze drobiazgi. Sznurki, koronki, guziki, kawałki papieru, stare wstążki i rzeczy, które od dawna czekały na zdanie: „może kiedyś się przyda”. No więc uwaga — to „kiedyś” chyba właśnie przyszło. Nie wiem jeszcze, co dokładnie z tego powstanie. Może lampion ze słoika. Może kartka z dobrym słowem. Może mały prezent bez okazji. Może coś, co miało być ozdobą, a skończy jako przykład, że nie każdy pomysł trzeba pokazywać światu. Zobaczymy.

Najważniejsze, że wracam. Nie z rozmachem. Nie z fajerwerkami. Nie z planem godnym programu telewizyjnego o metamorfozach wnętrz. Wracam z nożyczkami w ręce, kubkiem herbaty obok i myślą, że czasem naprawdę wystarczy zrobić jedną małą rzecz. Jedną. Bo od takich małych rzeczy często zaczyna się coś dobrego.

Komentarze