Mam taki jeden przepis. Niby prosty. Niby znany. Niby „sprawdzony”. A jednak… nigdy nie wychodzi tak samo. I wiesz co? Już nawet nie próbuję, żeby wyszedł identycznie. Zaczyna się zawsze tak samo. Wyciągam składniki. Czytam przepis (albo tylko udaję, że czytam). Mam plan. Naprawdę. Ale potem coś się zmienia. Trochę mniej cukru, bo „może wystarczy”. Trochę więcej przypraw, bo „a czemu nie”. Coś zamienione, bo akurat tego nie mam. I nagle przepis przestaje być przepisem. Zaczyna być… mój.
Kiedyś mnie to irytowało. Bo przecież są ludzie, którym wszystko wychodzi idealnie. Zawsze tak samo. Zawsze „jak z książki”. A ja? Ja robię coś pomiędzy. Trochę według zasad. Trochę po swojemu. Trochę na wyczucie. I czasem wychodzi świetnie. Czasem… no cóż, powiedzmy, że jadalnie 😄 Ale zawsze jest prawdziwie.
Dopiero niedawno zauważyłam, że to wcale nie jest tylko o gotowaniu. To jest o mnie. O tym, że nie lubię sztywnych schematów. Że potrzebuję przestrzeni. Że wolę czuć niż odmierzać. Że nie wszystko musi być idealne, żeby było dobre. I że czasem największa frajda jest właśnie w tym, że nie wiesz do końca, co wyjdzie.
Długo miałam w sobie takie przekonanie, że coś trzeba zrobić „dobrze”. Zgodnie z instrukcją. Zgodnie z oczekiwaniem. Zgodnie z tym, jak „powinno być”. A teraz coraz częściej myślę: a może wystarczy, że będzie po mojemu? Może nie musi być idealnie. Może nie musi być tak jak u innych. Może wystarczy, że będzie… moje.
I dlatego go lubię. Ten przepis. Za to, że nigdy nie jest taki sam. Za to, że za każdym razem trochę mnie zaskakuje. Za to, że daje mi przestrzeń. I chyba trochę za to, że przypomina mi: że życie też nie musi być powtarzalne, żeby było dobre.
A teraz powiedz mi: jaki przepis nigdy Ci się nie udaje… a mimo to go lubisz? I co on o Tobie mówi?
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)