Moje ulubione słowo w języku polskim — i dlaczego mnie ratuje

Mam swoje słowo. Nie jest wielkie. Nie brzmi poważnie. Nie robi wrażenia, kiedy je wypowiesz. A jednak… wraca do mnie częściej, niż bym się spodziewała. I za każdym razem robi coś ważnego. To słowo to: „spokojnie".

Kiedyś go nie lubiłam. Brzmiało jak coś, co mówi się komuś, żeby go uciszyć. Albo zignorować to, co czuje. „Spokojnie, nic się nie dzieje” „Spokojnie, przesadzasz”

Trochę jakby to słowo odbierało emocjom miejsce. Ale z czasem zaczęło znaczyć dla mnie coś zupełnie innego.

Dziś mówię je do siebie. Nie do świata. Nie do innych. Do siebie. Kiedy coś zaczyna się nakręcać. Kiedy myśli przyspieszają. Kiedy czuję, że zaraz wszystko mnie zaleje. Mówię: spokojnie. Nie po to, żeby się uciszyć. Po to, żeby się zatrzymać.

To słowo nie rozwiązuje wszystkiego. Nie sprawia, że nagle wszystko jest łatwe. Nie zabiera problemów. Ale daje mi coś, czego często najbardziej potrzebuję. Przestrzeń. Jedną krótką pauzę między tym, co czuję… a tym, co zrobię. I czasem to wystarcza, żeby nie pójść w chaos.

„Spokojnie” to nie słabość. Kiedyś myślałam, że trzeba działać szybko. Reagować. Odpowiadać od razu. A dziś widzę, że czasem największą siłą jest właśnie to jedno słowo. Które mówi: nie wszystko naraz, nie wszystko teraz, nie wszystko musi być idealnie.

Dlaczego mnie ono ratuje? Bo przypomina mi, że nie muszę wszystkiego ogarniać od razu. Że mogę oddychać, mogę zwolnić, mogę być człowiekiem, a nie zadaniem do wykonania. I że naprawdę… świat się nie zawali, jeśli na chwilę stanę.

Może też masz takie słowo? Takie, które wraca. Takie, które coś w Tobie porządkuje. Takie, które działa jak mały punkt oparcia. Moje to „spokojnie”. I choć jest zwyczajne… to właśnie dlatego działa.

A teraz powiedz mi - jakie słowo zostaje z Tobą najczęściej — i dlaczego? 

Komentarze