Siedziałam ostatnio wieczorem, jak człowiek zmęczony życiem, i oczywiście – zamiast spać – scrollowałam internet. No i wyskakuje mi: „Detoks kortyzolowy – odzyskaj spokój w 7 dni”. Myślę sobie: brzmi jak coś, czego potrzebuję. Klikam. Czytam. A tam… plan. Płatny. Oczywiście. I w tym momencie coś mnie tknęło. Bo z jednej strony – ok, brzmi sensownie. Stres, zmęczenie, brak snu… każda z nas coś z tego zna. Ale z drugiej – serio? Mam zapłacić za to, żeby ktoś mi powiedział, jak „odtruć” hormon, który moje ciało samo produkuje? No to zaczęłam grzebać głębiej. I wiesz, co się okazało? Że kortyzol to nie jest żaden wróg do usunięcia.

Kortyzol to hormon, który pomaga nam przetrwać. Tylko… czasem zostaje z nami za długo. I cały ten „detoks” to w praktyce nie jest żadna magia, tylko rzeczy, które gdzieś po drodze totalnie zgubiłyśmy. Bo tak naprawdę chodzi o to, że:
-
śpimy za mało albo byle jak,
-
żyjemy w napięciu od rana do wieczora,
-
pijemy kawę, żeby przetrwać dzień,
-
a wieczorem próbujemy się „wyłączyć”, bo już nie mamy siły.
I organizm robi, co może. Tylko że w pewnym momencie już nie daje rady.
Najbardziej mnie rozbawiło (i trochę wkurzyło jednocześnie), że w tym płatnym planie były rzeczy typu:
-
„kładź się spać o stałej porze”,
-
„ogranicz kofeinę”,
-
„ruszaj się regularnie”,
-
„znajdź czas na relaks”.
Czyli… dokładnie to, co każda z nas słyszała tysiąc razy. Tylko teraz nazwane „detoksem” i opakowane tak, żeby wyglądało na coś wyjątkowego. I nie mówię tego z wyższością, bo sama się na chwilę złapałam. Bo kiedy jesteś zmęczona, to naprawdę chcesz, żeby ktoś dał Ci gotowe rozwiązanie. Plan. Checklistę. Cokolwiek, co powie: „zrób to i będzie dobrze”. Tylko że tu nie ma skrótu. To, co działa, jest… zwyczajne aż do bólu. To moment, kiedy:
-
zamiast kolejnej kawy robisz sobie herbatę i siadasz na chwilę w ciszy,
-
idziesz na spacer, nawet jeśli Ci się nie chce,
-
odkładasz telefon wcześniej, chociaż ręka sama po niego sięga,
-
dajesz sobie prawo do zmęczenia, a nie próbujesz je „naprawić”.
I powiem Ci coś jeszcze. Może to nie jest kwestia tego, że „coś z Tobą nie tak”. Może to nie jest „za wysoki kortyzol”. Może po prostu jesteś zmęczona życiem, które wymaga od Ciebie za dużo, za długo. I Twoje ciało próbuje Ci to powiedzieć.
Ja po tym całym „researchu” nie kupiłam żadnego planu. Zamiast tego spróbowałam zrobić jedną rzecz: odpuścić sobie bycie w trybie ciągłego ogarniania wszystkiego. Nie zawsze wychodzi. Ale kiedy wychodzi – czuję różnicę.
Więc jeśli też widziałaś ten „detoks kortyzolowy” i zastanawiasz się, czy go potrzebujesz…to powiem Ci jak przyjaciółka: nie potrzebujesz detoksu. Potrzebujesz trochę spokoju. I trochę więcej łagodności dla siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz
Pozostaw po sobie ślad :) Będę wdzięczna :)