Chwila, w której nic nie zrobiłam… i to było wystarczające

To była zwykła chwila. Bez planu. Bez sensu „na coś”. Bez listy rzeczy do zrobienia obok. Po prostu siedziałam. I przez moment… nic nie robiłam. Nie sięgałam po telefon. Nie myślałam, co jeszcze powinnam ogarnąć. Nie próbowałam być produktywna. Na początku było to dziwne. Bo przecież zawsze jest coś. Zawsze można coś zrobić szybciej. Zawsze można „wykorzystać czas”. A tu nagle… nic.


I wiesz co?

Świat się nie zatrzymał. Nic się nie zawaliło. Nic nie uciekło. Za to pojawiło się coś innego. Spokój. Taki cichy. Nienarzucający się. Bez fajerwerków. Po prostu był. I pierwszy raz od dawna nie próbowałam go zagłuszyć.

Nie wiem, kiedy zaczęliśmy wierzyć, że każda chwila musi być czymś wypełniona. Że odpoczynek trzeba „zasłużyć”. Że cisza to strata czasu. Że bycie – to za mało. A przecież czasem właśnie to jest najwięcej. Być. Bez robienia. Bez poprawiania. Bez udowadniania czegokolwiek.

Ta chwila niczego nie zmieniła. A może właśnie zmieniła więcej, niż myślę. Bo pokazała mi coś bardzo prostego: że nie muszę cały czas działać, żeby mieć wartość. I że czasem naprawdę wystarczy… nic.

A teraz powiedz mi: kiedy ostatnio pozwoliłaś sobie na taką chwilę?

Komentarze